U.S. GIRLS – In A Poem Unlimited (4AD/Sonic)

Czy Meg Remy chce zostać współczesną Kate Bush? A może chce wejść na barykady? Czy też może wystarczają jej w zupełności klubowe, nocne klimaty? Szósta w dyskografii płyta wokalistki jest miłym w odbiorze, ale jednak brakiem odpowiedzi na pytanie o to, co w zasadzie chce ze swoją muzyką zrobić. Oczywiście, tego typu dylematy nachodzą mnie, kiedy już przestaję słuchać tej bardzo przyjemnej i rozrywkowej – jak na standardy 4AD – płyty U.S. Girls

Kim chce być Meghan Remy? Tego do końca nie wiemy bo na swojej nowej płycie zagląda przez tyle furtek, że nie sposób ułożyć z tego jakiejś spójnej drogi, którą podąża. Być może zabrzmi to trochę szowinistycznie, ale „In A Poem Unlimited” jest podobna do kobiecej torebki – znajdziemy tam wszystko, tyle, że kiedy potrzebny jest jeden, konkretny przedmiot, będzie problem. Ale jednocześnie to przecież ta malutka przywara, w zasadzie budząca jedynie sympatię. Tak samo jak opisywana tu płyta. Meg eksploruje wszystko, co związane jest z muzyką taneczną, szanuje rytm, dociera gdzieś do lat 70. i przekłada ten klimat na sample, loopy i swój niebanalny głos. Wychodzi z tego płyta pozornie tylko popowa, bo zarówno warstwa liryczna jak i sposób prowadzenia poszczególnych kompozycji zdradzają ochotę na więcej. Meg zastanawia się nad konsekwencjami działania i efektami bezczynności, osadza swoje przemyślenia w kontekście politycznym, choć w zasadzie nie wiem, czy można uznać ten album za jakiś manifest, czy traktować teksty tylko jako nieco mądrzejszy dodatek do podstawowej kwestii, czyli porcji dobrej zabawy.U.S. Girls (credit Colin Medley)

Co zatem dostajemy? Artystyczną, pstrokatą mieszankę, gdzie spotkamy funk ożeniony z disco („Mad As Hell” czy „Velvet for sale”), pojawiają się echa rhythm’n’bluesa, trochę przaśnych, popowych lat 90. i lekki ukłon w stronę trip-hopu w „Rosebud” (dobry kierunek). Ale jest też tu troszkę mielizn, kiedy Meg po prostu zapodaje średnie kompozycje – nudnawy „Time” i próby flirtu z poprockową formułą, co przynosi niebezpieczne rafy w stylu „Incidental Boogie”. To właśnie problem tej płyty – w kilku miejscach dostajemy autentycznie świetne numery, gdzie tradycja została zgrabnie przefiltrowana przez współczesną samplingową maszynerię i osadzona na fajnej rytmice, ale między tym znajdują się fragmenty, które mogłyby być co najwyżej stronami B singla. Meg waha się między chęcią grania „po prostu piosenek” a zabawą z formą i aranżacjami. W tych odważniejszych miejscach jest bardzo ciekawie, lepiej wręcz niż na całkiem ciekawej płycie „Half Free”, wtedy słychać potencjał i muzyka dostaje rumieńców.

Oczywiście, powyższe słowa to tylko próba pewnej analizy, bo jeśli porzucimy dywagacje, porównania i mądrzenie się, przyjmujemy ” In A Poem Unlimited” jako całkiem zabawny, artystyczno-popowo-taneczny materiał, który dostarcza rozrywkę na wysokim poziomie. W każdym razie – takiego popu nie wstydzę się słuchać a jednocześnie czekam na to co będzie dalej.

Arek Lerch

Cztery