TURBONEGRO – Rock’N’Roll Machine (Scandinavian Leather)

Przy okazji tej premiery więcej chyba dyskusji pod tytułem „czy to wciąż jest Turbonegro, czy jednak bez Hanka dobrze już nie będzie”, mniej natomiast prób spojrzenia na „Rock’n’Roll Machine” w miarę trzeźwym okiem. Przyznam, że wszystkie te głosy udanie zaburzają perspektywę, i tak waham się od kilku dni, w jaki kontekst powinienem ten krążek wtłoczyć i co w gruncie rzeczy o nim myśleć.

Sześć lat minęło od wydania „Sexual Harrassment”, płyty dosyć… powściągliwej i skromnej w tym sensie, że nie siliła się na podbój świata, stanowiąc ni mniej, ni więcej, zbiór dobrych czy bardzo dobrych, rock’n’rollowych piosenek. Znalazło się na niej kilka przebojów („Shake Your Shit Machine”, „Mister Sister”), całość zaś snuła się raczej blisko ziemi, przybrudzona i jakże daleka kosmicznym wojażom. W tamtym momencie nie sposób było oczekiwać czegokolwiek więcej; muzycy stawiali pierwsze kroki na grząskim, niepewnym gruncie i wybrnęli z całej sytuacji płytą dobrą – po prostu.

Na „Rock’n’Roll Machine” przeważa kosmos, lata osiemdziesiąte, klawisze i heavymetalowe patenty. Jakby poprzednik był zaledwie wentylem bezpieczeństwa, a dopiero tutaj panowie mogli na poważnie skupić się na tym, co im obecnie buczy w głowach. Ta płyta to trochę pogłębienie formuły znanej z „Party Animals” – bezwstydny hołd składany dawno oklapłym idolom. Stężenie kiczu osiąga tutaj rzadko spotykane wartości, ale to nieodrębne uroki estetyki. A jeżeli wsiąkać w ten materiał, to całym sobą, nie pytając i nie negując. Do porządku dziennego przechodząc nad wątpliwej jakości ironią „Hurry Up&Die” czy wstępu do „On the Rag”, patynowo – serowym zawodzeniem syntezatorów i faktem, że te piosenki momentami rzeczywiście brzmią jak pieprzone Van Halen (!). Z drugiej strony – to nie jest tak, że grupa zalała wszystko, co tylko się ruszało, klawiszami, a płyta stoi w zdecydowanej opozycji do „Sexual Harrassment”. Powiedziałbym wręcz, że bardzo podobna jest pewna surowość, podobne – na tym najprostszym, odartym ze wszelkich udziwnień, poziomie – struktury numerów i… niestety, zupełnie, jak w przypadku poprzednika, także i tutaj na próżno szukać większej magii.Turbo

O ile bowiem jest to płyta bardziej przemyślana i lepiej napisana, tak wciąż mówimy o pewnej skali wielkości, która nijak ma się do „Ass Cobra” czy „Apocalypse Dudes”. W moich oczach wraz z odejściem von Helvete nastał odpowiedni czas na nowy początek, zabicie w zarodku nieadekwatnych oczekiwań, wytyczenie innych ścieżek. I tak, jak w kwestii działań nie mogę Turbonegro niczego zarzucić – ostatecznie, nagranie takiej płyty to wciąż przejaw pewnej odwagi – tak już słowa potrafią zadziwić. Nie rozumiem podsycania porównań do przeszłości poprzez wypuszczanie tego krążka w tym samym dniu, w którym premierę miał „Apocalypse Dudes”. Nie twierdzę, rzecz jasna, że najlepszym wyjściem byłoby wymazywanie tego, co było. Mimo to, dolewanie oliwy do ognia jest cokolwiek nierozsądne – jak wspomniałem, chociaż nowy materiał to naprawdę dobra rzecz, daleko mu do klasyków. Prawda, że pewnych wysokości Norwegom osiągnąć się już nie uda, nie będzie jednak bolała tak długo, jak tworzyć oni będą krążki podobnie rozbujane, taneczne i zwyczajnie klasowe. Można narzekać, że kiedyś to były czasy, a teraz czasów nie ma, ale końcem roku i tak okaże się, że hiciarskiego rock’n’rolla wygrali Turbonegro i starsi panowie z Monster Magnet. I komu wtedy będzie głupio?

Adam Gościniak

Zdjęcie: Stephen Butkus

Cztery i pół