TUBIS TRIO – So Us (Audio Cave)

Panuje powszechne przekonanie, że jazz to muzyka dla wyrobionego słuchacza. Taka, którą trzeba odkrywać i najlepiej mieć jakiekolwiek pojęcie o gatunku. W każdym razie, bez kija nie podchodź. I faktycznie, w świecie jazzu roi się od krążków zwyczajnie trudnych, choć niezwykle ciekawych. Takich, które wymagają pewnej wiedzy i obycia, czasu. Płyt popychających gatunek do przodu, bo też i w tym nurcie bardzo łatwo o eksperyment. Co zatem z tymi słuchaczami, którzy liczą na zwyczajną rozrywkę? Dla nich jest Tubis Trio

I od razu spieszę z wyjaśnieniem. Powyższe słowa absolutnie nie mają na celu zdyskredytowanie tria Macieja Tubisa, jest to raczej nieudolna próba stwierdzenia, że jazz w ich wydaniu jest po prostu cholernie przebojowy i nawet jeśli nie lubimy tego gatunku, ta płyta dostarczy  – tak tak – rozrywki na najwyższym poziomie. Przede wszystkim – Tubis Trio w zasadzie dość świadomie rezygnuje z najważniejszego zdaniem niektórych atutu jazzowych składów – szalonych improwizacji. Jeśli ktoś lubi ciągnące się naście minut utwory, w których połowę czasu zajmują popisy solowe, szalone eksperymenty z instrumentami, może spokojnie zrezygnować z lektury „So Us”. Tubis z kolegami stawia na zwarte, nie przekraczające pięciu minut utwory, w których z zegarmistrzowską precyzją aranżuje we wspólnym uścisku zniewalający groove, niebanalną melodykę z – i tu uwaga! – niemal klasyczną w chopinowskim duchu grę na fortepianie. Brzmi to paranoicznie, ale Tubis Trio z rozmachem wprowadza taką, nieco niedorzeczną opcję w życie. Tubis Trio

Co jest największym atutem „So Us”? Przede wszystkim to, że z tych utworów wręcz bucha radość z grania. Tubis z kolegami zachowuje sie jak nastolatek, rzucając się na dźwięki, wyciskając z nich ożywcze soki. Zwarte struktury napędzane są świetną perkusją Przemka Pacana, wszystko jest organicznie zespolone i podporządkowane jednemu celowi – dawać radość słuchaczowi. Jasne, że w takiej formie, nawet w stosunku do młodszej o kilkanaście miesięcy płyty „Flashback”, środek ciężkości przesuwa się w stronę jazzrocka, podstawą są niemal funkowe podziały, a harmonicznie płyta jest jak najdalsza od eksperymentu. Dodatkowo z każdej nuty wynika niezaprzeczalny fakt, że ta trójka to prawdziwi wirtuozi. No i gdzie jest napisane, że wirtuoz nie może grać muzyki przystępnej? I tu dochodzimy do sedna sprawy: jeśli Tubis chciałby zaryzykować, mógłby z powodzeniem zaprosić do wykonania tych kompozycji jakąś dobrą wokalistkę i wtedy mielibyśmy na popowej scenie sytuację typu szach i mat. W zasadzie każdy kawałek mógłby znaleźć się na jakiejś liście przebojów. A na pierwszy singiel wybieramy „Up and About”. Panowie – murowany hit. W zasadzie, w swojej klasie płyta bez słabych punktów. Tubis Trio to sztukmistrze, bo jak wiadomo, największą sztuką jest umiejętność pisania nie skomplikowanych formalnie utworów, ale dobrych piosenek. Nawet w jazzie.

Arek Lerch

Sześć