TRZASKA/MAZURKIEWICZ/SZPURA – North Meridian (Plank-Tone)

Fascynujące w muzyce jest to, że niektóre płyty wchodzą w łeb jak za przeproszeniem zimne piwko w upalny dzień, zaś inne muszą być smakowane przed dłuższy czas, by wreszcie dotarł do nas ich sens. Niewątpliwie debiut Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura należy do tej drugiej kategorii, ale jeśli ktoś zna autorów płyty, niczemu się nie dziwi. Szczerość tego przekazu podkreślona jest jeszcze bardziej przez fakt, że materiał ukazał się nakładem wytwórni założonej przez Jacka Mazurkiewicza. Skoro wszystko zostaje w domu, czas na szybki przelot przez ten materiał.

Zwyczajne trio. Zwyczajna muzyka. Tak wydawnictwo Plank-Tone reklamuje „North Meridian”, jednak pozwolę się z tym nie zgodzić. Bo to… trudna muzyka nie tak znowu zwyczajnego trio. Mikołaj Trzaska znany jest każdemu fanatykowi yassu- nazwy Miłość czy Łoskot mówią same za siebie, na wymienienie innych kolaboracji nie ma miejsca. Jacek Mazurkiewicz, szef Plank-Tone, cóż, poczytajcie sobie tu o jego dokonaniach, a Paweł Szpura to nieustraszony łowca rytmu w milionie składów, choć najbardziej znany jest pewnie z rozszczepiania transowego jądra w Lotto. Muzyka tego składu powstała nie z kalkulacji a potrzeby wyrażenia własnych emocji i niczym nie ograniczonej interpretacji pojęcia „improwizacja”. W zasadzie już samo skupienie się na trzech postaciach tworzących ten skład daje do myślenia. To trzy indywidualności, trzy kierunki myślenia o dźwięku. I jeden cel, by ten dźwięk oswoić. Nie wiem, czy użycie słowa „jazz” jest tu wystarczającym wyjaśnieniem drogi jaką kroczą autorzy płyty. Spora część tego materiału to bardziej testowanie możliwości instrumentów, zabawa brzmieniami i jednocześnie dowód, że każdy z panów to… w zasadzie główna postać w tym składzie. I za to cenię płytę – można jej słuchać jako wspólnej wypowiedzi i jednocześnie delektować się każdym instrumentem z osobna.Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura

Chyba tylko rozpoczynający płytę „Holy Darkness” jest dość – że wspomnę definicję zespołu – zwyczajnym, jazzowym swingiem. Od „Eternity of my Knees” zaczyna się jazda bez trzymanki. Wspomniany kawałek przypomina nieco poszukiwania jakie Mazurkiewicz z Wojtkiem Jachną i Jackiem Buhlem uskutecznia na  „God’s Body”, choć w tym wydaniu muzyka brzmi bardziej jak soundtrack do jakiegoś starego horroru. I na tym kończą się oczywistości, bo już „Swallows and Eagels” jest skażony indywidualizmem składu. Świetne jest brzmienie, bardzo naturalne, wręcz surowe, zdradzające, że mamy do czynienia z rejestrowaną na tzw. setkę improwizacją. Doskonale sprawuje się w tym składzie Paweł Szpura, który gra zupełnie inaczej niż chociażby w Lotto czy Purusha, eksperymentując z zestawem perkusyjnym, wykorzystując całą gamę technik, skupiających się na odrębnym wykorzystywaniu poszczególnych elementów zestawu, co bardzo dobrze słychać w oszczędnym „Bio Bypass”. To w zasadzie konstelacja pojedynczych dźwięków bębnów, kontrabasu i saksofonu. Krążą wokół siebie, delikatnie rezonując, podobnie jest zresztą w kończącym płytę „Tap Fire”, gdzie skład potrafi wygenerować nawet coś w rodzaju drone’owej mgiełki. I wreszcie opus magnum, niespełna trzynaście minut „Touching Engine Body”, który rozwija się od skromnego, ostrożnego trącania strun do szalonego free, przechodzącego niemal w chaotyczną kakofonię, wspomaganą elektroniką obsługiwaną przez Jacka Mazurkiewicza.

Jak wspomniałem, dochodziłem do powyższych wniosków dość długo, co oznacza, że mamy do czynienia z płytą nie dla każdego; potrzebny jest czas, co i tak niekoniecznie musi przekładać się na jej zrozumienie – i to może wyeliminować część poszukiwaczy dźwiękowego eldorado. Wydaje mi się jednak, że każdy, kto w przeszłości zetknął się z tymi muzykami w innych składach, powinien spróbować rozsmakować się w „North Meridian”, bo to ciekawy materiał dziejący się na pograniczu eksperymentalnej alternatywy i odjechanego free.

Arek Lerch

Pięć