TRYS SAULÈS – *** (Instant Classic)

Kolejne transy, kolejny kandydat na „klasyka od zaraz”… albo nie do końca. „***” nie zostanie płytą roku, nie jest kolejnym rozdziałem zjawiska ani „odpowiedzią na”. Jasne, mimowolnie wpisuje się w pewien nurt, mocno w ostatnich latach rozkwitły, ale chyba bardziej pod względem pewnej filozofii myślenia o muzyce. W warstwie dźwiękowej nie umiem zrzucić z siebie wrażenia, że Trys Saulės to byt zupełnie osobny. Jeszcze nie w stu procentach dojrzały, a jednak już – co najmniej – intrygujący.

Pierwsze – trochę podświadome – wrażenie było takie, że „***” to trans raczej poukładany, dobrze przemyślany. Fakt ten w żaden sposób nie wiąże się z uczuciem kalkulacji czy przewidywalnością tego materiału; wróciłem sobie do ubiegłorocznego „Invocation” Mako Sica, krążka pod pewnymi względami podobnego do „***”, i… chociaż końcowy efekt zmagań muzyków jest w kilku punktach styczny, jakże odmienny jest ich odbiór. Na płycie projektu z Chicago momenty ponadprzeciętne trzeba było wydłubywać z masy garażowego hałasu czy, momentami, wręcz chaosu – co, rzecz jasna, miało swój urok i znalazło grono zwolenników. Mimo wszystko, mnie bardziej przekonuje podejście Trys Saules, nie tyle może „matematyczne”, co zwyczajnie świadome. To przypuszczenie graniczące z pewnością, że tutaj nic nie dzieje się przez przypadek i że to nie jest bałagan, z którego coś mogłoby się urodzić, ale w sumie nie wiadomo, bo używane środki wymknęły się artyście z rąk.TS_fot_Pawel_Jozwiak

Z drugiej strony imponuje łatwość, z jaką ten materiał ucieka wszelkim etykietom; bo napisałem „poukładany”, ale co to tak naprawdę znaczy? „***” nie jest płytą jednej barwy, nie ma tu jednego, mantrycznego dźwięku, któremu byłaby przyporządkowana cała reszta. Jak na krążek z szeroko pojętym „transem”, dzieje się tutaj stosunkowo dużo. Nie jest też płytą pierwszego planu, bo tutaj tło nigdy nie śpi, pobudzane czujnym, minimalistycznym bębnieniem. No i – co naprawdę istotne – nie jest płytą bezpieczną. I dlatego, że nigdy tak do końca nie wiadomo, co nadejdzie dalej, i dlatego, że jeżeli wchodzi już taka dronująca gitara, to rzęzi i świdruje tak, że włosy stają dęba. Jakby nie było na „***” miejsca na bezpieczne wybory, na poruszanie się tylko w określonym spektrum, w którym wypada się poruszać. Generalnie to jest bardzo udany debiut, taki w żadną stronę nieprzesadzony, bo nie ma mowy o płycie roku, ale też ten materiał to coś więcej, niż oklepana  „zapowiedź świetlanej przyszłości”. „***” rozpoczyna kilka wątków, które w przyszłości Trys Saulės mogliby kontynuować, a zarazem nie nakłada na przyszłość projektu żadnych ram. Jest dobrze, będzie lepiej.

Adam Gościniak

Cztery i pół