TROPY – Eight Pieces (Wet Music)

Bartek Kapsa i Artur Maćkowiak. Something Like Elvis. Lata 90. Sentyment? Może tak. To była bardzo dobra kapela, ale szybko stało się jasne, że ramy zespołu były za ciasne dla muzyków. Pomijając koleje ich losów, dzisiaj mamy do czynienia z różnymi projektami a opisywany tu duet Tropy to bardzo ciekawa opcja, w pewnym sensie rozwijająca elvisowe, nomen omen, tropy w wersji transowej i czysto instrumentalnej.

Problem z taką muzyką polega na tym, że łatwo wpaść w koleiny eksperymentu, transów, szumów i innych dziwactw, które, sprawiając oczywiście przyjemność ich autorom, są często niezjadliwe dla otoczenia. I właśnie równowaga między słuchaczem a twórcą jest największą bolączką wielu zespołów; albo za bardzo chcą się przypodobać, albo zapominają, że bez słuchacza nie za bardzo mają rację bytu. W tym kontekście Tropy są przyjemnym odkryciem, bo potrafią każdemu sprzedać swoją muzykę. Eksperyment, polegający na zespoleniu elektroniki, perkusjonaliów czy gitary zachowuje tu doskonałą równowagę. W pierwszym momencie liczyłem jednak trochę na klimat elvisowy, ale muzycy idą dalej, bawiąc się dźwiękami, wpadając w jakże lubiany przeze mnie trans. Ale – jak już pisałem – trans świadomy możliwości odbiorcy. Ubrany w dobrą rytmikę, która spina klamrą poczynania zespołu. Może łatwiej bawić się brzmieniami, kiedy są jednak zamknięte w pewnych ramach? Takie odnoszę wrażenie. No i oczywiście duch improwizacji – czuć go w psychodelii „Czarnych ust”, czai się gdzieś w „Antenach”, z gościnnym udziałem jazzmana Wojtka Jachny. Jest wreszcie duch post rocka, ale takiego, wciągniętego z lat 90., kiedy na topie były Mordy czy Tortoise („Tętnice rzek”). tropy-band

Jest w tej płycie coś takiego, co wciąga słuchacza, choć przyznam, że po pierwszym kontakcie byłem troszkę rozczarowany. Zadałem sobie pytanie dlaczego, i wyszło mi, że jednak Kapsa i Maćkowiak bardzo kojarzą mi się z wspomnianymi Elvisami. Brakuje mi tego zespołu, a przecież już na trzeciej płycie „Cigarette Smoke Phantom” zaczynali swoje harce z transem. Z biegiem czasu zacząłem jednak odkrywać urok tej płyty, wciągać się w jej puls. Na pewno nie jest to muzyka przebojowa, ale fajnie wpisuje się w cały zgiełk wywołany przez Kristen czy Innercity Ensemble. Nie jest oczywiście tak jarmarcznie rozbuchana, więcej tu dyscypliny, może nawet rockowego ducha. Na pewno pokazuje dojrzałość muzyków – i kompozycyjną, ale i techniczną (np w „Inny sens niż ten” harce Bartka na bębenkach robią duże wrażenie…). Uznanie budzi fakt, że dwie osoby mogą tak ładnie zagospodarować przestrzeń, fajnie wykorzystując możliwości instrumentów. Jest wyobraźnia, pomysł i dobre wykonanie. Jest sięganie do różnych źródeł, czy to jazzu, czy wręcz krautrockowych eksperymentów. Być może płyta nie zdobędzie takiego uznania jak niektóre załogi głośnego, bydgoskiego zagłębia, ale stanowi solidny pomost między rockiem i wszystkimi, możliwymi „postami” a przez to dotrze do odbiorców, którzy jednak wolą, kiedy muzyka jest napędzana mocniejszym bitem. Solidna rzecz.

Arek Lerch

Pięć