TRAGEDY – Darker Days Ahead (Tragedy Records)

„Słodkie zioło, słodkie zioło, niech nie będzie nam wesoło” – wypowiedział zaklęcie zespół Tragedy, i nagrał najsmutniejszą, najbardziej przytłaczającą płytę w swoim dotychczasowym dorobku, co pociągnęło za sobą wyraźną woltę stylistyczną. Tzw. scena zdążyła już zareagować i okrzepnąć, kto się miał oburzyć, ten już wylał żale na ulubionym forum, możemy więc spokojnie i ze zdrowym dystansem wsłuchać się w płytę, której, niezależnie od osobistego gustu, trudno odmówić wyrazistości.

Na pierwszy rzut ucha Tragedy popędził za koniunkturą na neocrust, sam gotów byłem wysnuć taki wniosek po parunastu minutach nowego albumu. Nie dajcie się zwieść pozorom – Portlandczycy z innego punktu startują, i gdzie indziej wiatr ich niesie. „Darker Days Ahead” nie bije po uszach wybuchową mieszanką d-beatu i amerykańskiego HC z lat 80., zamiast tego zespół obiera kurs na ewolucję do wewnątrz – siebie i gatunku. Przyznaję, że z początku trudno mi było dostroić się do Tragedy średnio-szybkiego, ciężkiego, melodyjnego, w któremu wściekłość i jad wlazły głębiej pod skórę zamiast rzygać wkoło. Dopiero przy którymś podejściu zrozumiałem, jak bardzo świadoma i dojrzała w swoim minimalizmie jest ta płyta, sama w sobie i na tle podobnych wydawnictw z ostatnich miesięcy/lat. Podstawą jest tu motoryczne granie na sfuzzowanych gitarach, a tzw. budowanie nastroju nie rozrasta się, jak to bywa u młodszych kolegów z The Fall of Efrafa czy Downfall of Gaia – do kilkuminutowego postrockowego plumkania, by w końcu przypierdolić na wysokim C. Zamiast ogłuszać słuchacza, Tragedy przykuwa uwagę świetnymi riffami, urozmaiconymi, zaaranżowanymi z ascetycznym smakiem kompozycjami i zręcznym wypośrodkowaniem między agresją a posępnym nastrojem. Bez bólu akceptuję rozsądnie wykorzystane klawisze, nie mam zastrzeżeń do czytelnego, nie przegłośnionego brzmienia (no, stopa mogłaby tak irytująco nie cykać, ale to detal). Dość oczywistym skojarzeniem jest tu – stary i nowy – Amebix czy Morne w okresie debiutanckiej płyty, a więc zespoły, które wydają się afirmować podobne wartości w muzyce – szlachetny minimalizm, brzmieniową surowość, z umiarem budowany nastrój i powściągliwość w rzucaniu się w zdradliwie ramiona metalu, sludge’u czy post-rocka.

O sensie lub bezsensie wywracania swojej muzyki do góry nogami decyduje tak naprawdę faktyczna jakość płyt, które się z takich rewolucji rodzą. „Darker Days Ahead” nie zachwyci może amatorów skoków ze sceny ani tych, którzy domagali się od Amerykanów czwartej płyty utrzymanej w tym samym klimacie, ale to z pewnością udany, przemyślany materiał do stopniowego przyswajania w skupieniu. I nawet, jeśli w skali gatunku jest to świadomy krok wstecz, to jako zespół Tragedy podjął całkiem udaną próbę wyrwania się ze sztywnych cugli konwencji, którą na „Nerve Damage” wyżęli do cna. Wreszcie – niezależnie od tego, czy pasuje wam takie wcielenie zespołu – pamiętajcie, że parę lat temu wyszła płyta o tym samym tytule, i była znacznie, znacznie gorsza.

 

Bartosz Cieślak