TODAY IS THE DAY – No Good to Anyone (BMG/The End Records)

Ten band zawsze będzie dla mnie zagadką. O meandrach takowej piszę poniżej, zaznaczając jedynie, że po raz pierwszy od lat jestem w stanie z uśmiechem przesłuchać całą płytę tego ważnego, jakby nie patrzeć, zespołu. Zespołu, który jest w zasadzie alter ego lidera, Steve’a Austina, który decyduje co i jak się tu dzieje, myli tropy, niejednokrotnie błądząc, zawsze dociera do sedna i wypływa na powierzchnię. Tak sprawnie nie wypłynął jednak od lat, bo choć ostatnia płyta „Animal Mother” była całkiem niezła, to najnowsze dzieło bije ją na głowę, paradoksalnie, głównie przystępnością muzyki, co – jeśli ktoś zna Austina – jest niezłym zaskoczeniem.

I tu znowu musi pojawić się wątek prywatny, bo Today Is The Day poznałem dokładnie w momencie premiery debiutanckiego albumu „Supernova”, dzięki OUTside, który to magazyn postanowił na polskim gruncie wydać kilka licencyjnych kaset i taśma z zapisem wspomnianej płyty wylądowała w moim magnetofonie, czyniąc spustoszenie we łbie. I choć następny krążek „Willpower” uznaję za kamień milowy w historii zespołu, to właśnie debiut, szczególnie słuchany dzisiaj, robi piorunujące wrażenie. Nadal. Późniejsze losy zespołu były, delikatnie rzecz ujmując, dziwne. Po rozbracie z Amphetamine Reptile Records (nie zapominajmy o niezłym pożegnaniu „TITD”), zespół na dłuższą chwilę zakotwiczył w Relapse, nagrywając dla nich krążki dobre („Temple of the Morning Star”), bardzo dobre („In The Eyes of God” i TA okładka…) a potem staczał się w dół za sprawą dziwacznego „Sadness Will Prevail” (dwie płyty z monstrualną ilością… wszystkiego) i surowej nawalanki „Kiss the Pig”. I tu kolejny paradoks, bo ostatni z wymienionych krążków, razem z dziwacznym „Axis of Eden” (niezrozumiały udział metalowego pałkera Dereka Roddy’ego do dzisiaj zastanawia), słuchane po latach, w 2020 roku, w jakiś pokrętny sposób „wchodzą” dużo lepiej niż w dniu premiery. Szczególnie pocałunek świni z całą surowością, obskurnym brzmieniem i (nie)zamierzonym śmietnikiem muzycznym wierci dziurę we łbie. No a późnej była niezła „Pain Is A Warning”, wspomniany album „Animal Mother” i… sześć lat ciszy, z wydarzeniami, które w jakimś sensie tłumaczą to, czego możemy doświadczyć na „No Good to Anyone”. Właśnie – jeśli ktoś czytał świetny wywiad z Austinem w NOISE mag, wie, że to człek dziwny, począwszy od chorobliwej fascynacji bronią automatyczną, przez poglądy, aż po gusta muzyczne. Minione lata „dojechały” muzykanta; w 2014 zespół zaliczył wypadek, skutkiem były połamane żebra lidera, później było gorzej – podczas produkcji nowej płyty, jeszcze w 2016 roku, Austin wpadł w zdrowotne problemy w związku z zarażeniem boreliozą, chory był też jego ukochany pies Callie, co skończyło się uśpieniem zwierzaka. I to wszystko znalazło odzwierciedlenie w tekstach i nowej muzyce. Muzyce spokojniejszej, nadal mrocznej i zdecydowanie lepiej poukładanej, jeśli odniesiemy ją do najbardziej popieprzonych, tudejowych wydawnictw.Steve

Oczywiście, nie ma co owijać w bawełnę – ten materiał i tak będzie pasował głównie maniakom wszelkich wynaturzeń i nie sądzę, by lekkie wygładzenie aranżacji/brzmienia przysporzyło grupie licznej klienteli. Po kolei zatem – już tytułowy track mówi dużo o tym materiale: najpierw wolno, ponuro i sludge’owo, po czym w drugiej części wszystko rusza z niemal black metalowym jadem i szybkością. Mantrowy „Attacked by an Angel” łączy się spokojną narracją z „Son of Man”, gdzie Austin pokazuje, że gitarzystą jest tyleż chaotycznym co bardzo oryginalnym. No i wreszcie hit płyty, czyli znany z klipu „Burn in Hell”. Rewelacyjne połączony groove pierwszej części z opętanym grindem drugiej robi piorunujące wrażenie; to zdecydowanie najlepszy numer z tej płyty, choć rozbudowany, metalowo doładowany „You’reAll Gona Die” też pokazuje, że przy tej produkcji było zdecydowanie więcej myślenia niż arogancji. Zaskoczeniem są w tym zestawieniu swingujący „Cocobolo” no i pieśń na cześć austinowego pieska czyli „Callie”. Typowe, ckliwe balladzicho, choć teoretycznie może wydawać się nie na miejscu, chwyta za serce, może dlatego, że niżej podpisany też coś takiego przeżył, w każdym razie, nie ma zgrzytu.

Dla mnie płyta kończy się na mocarnym, sabbath’owsko pomrukującym „OJ Kush”. Reszta, czyli „Mexico”, „Mercy”, „Born in Blood” i finałowy, drone’owy „Rocket and dreams” nie robią większego wrażenia, są poprawne, ale bez nich ta płyta byłaby większym ciosem wyprowadzonym w łeb. Tak czy inaczej, jest to materiał bardzo dobry, przemyślany, świadczący o tym, że Austin – ok, wiem, że to dziwnie brzmi – troszkę spokorniał, może nawet sprzedał swoje flinty, a może… wcale nie? Płyta zdecydowanie zasługująca na uznanie.

Arek Lerch  

Pięć