TODAY IS THE DAY – Animal Mother (Southern Lord)

Muzyczny rok 2014 należy nie do objawień i nowej jakości, ale do tzw. „starych wyjadaczy parkietów”, którzy po krótszej lub dłuższej nieobecności przypominają o sobie lepszymi lub gorszymi albumami. Steve Austin na wyjadaniu parkietów zjadł zęby (choć mogły mu też wypaść od czegoś zupełnie innego), ale wciąż nagrywa dobrą muzykę, która pokoleń już nie zainspiruje, ale wielbicielom, zrobi dobrze. To znaczy źle, ale dobrze, bo chcącemu nie dzieje się krzywda.

„Animal Mother” zaczyna się tam, gdzie skończył się Pain is a Warning, co samo w sobie jest dobrą wiadomością, biorąc pod uwagę okres błędów i wypaczeń, jaki Austin zaliczył całując świnię i zatrudniając z podszeptu wytwórni Dereka Roddy. Z miejsca wchodzimy zatem w doskonale znany patologiczny nastrój Austinowych psychoz przekutych w odrażającą mieszankę metalu, hardcore’a i noise rocka, która po latach otrzymała łatkę „sludge”. Formuła jest znana i przewidywalna – jest nadupcanie, darcie mordy, walce, hc/punkowe przytupy, potem balladka (niezły „Outlaw”), a potem znowu grzmocenie i najdłuższy numer na dobitkę. Większość płyt Today is the Day mieści się w tym szablonie i mi osobiście to nie przeszkadza, a jakość poszczególnych wydawnictw różni poziom zawartych na nich numerów. Według tych kryteriów, „Animal Mother” lokuje się ciut powyżej średniej. Na szczęście Austin wciąż nie dał sobie wmówić, że „piosenka musi mieć co najmniej trzy minuty” i – podobnie jak na „In The Eyes of God” czy „Temple of the Morning Star” – najlepsze momenty na płycie to te, które nie przekraczają tego magicznego wymiaru czasowego. Świetnie brzmią choćby godfleshowy „GodCrutch” czy „Discipline” (uchylamy kapelusza nieodżałowanemu Botch), ale są też fragmenty niespektakularne, jak np. kawałek tytułowy.Today Austin

I tak to na dwoje babka wróżyła – źle nie jest, ale szału też nie ma. „Animal Mother” jest jak ulubione rozchodzone kapcie z dziurą na palcu, których nie wyrzucamy, bo „lubię te, po co mi inne”. Piętnaście lat temu faktycznie wyglądały lepiej, a dziś tylko żona się śmieje i załamuje ręce, ale przecież chodzić się da, nie rozleciały się (jeszcze) i drugich takich już nie ma. Nawet, jeśli tą płytą zachwycą się tylko psychofani w rodzaju szanownego redaktora Lercha, to wstydu ona twórcy „Willpower” nie przyniesie.

Bartosz Cieślak

Cztery