TITLE FIGHT – Hyperview (Anti Records)

Niedługo po premierze nowego albumu Title Fight, „Hyperview”, internetowy świat wszelkich prawilnych słuchaczy hardcore’u zagrzmiał z oburzenia: „To już nie jest hardcore!”. Z tym większą ciekawością przystąpiłem do odsłuchu trzeciego pełnoprawnego albumu kwartetu z Kingston. Po bardzo udanej ep-ce, jaką bez wątpienia było „Spring Songs”, przyszedł czas na najbardziej, choć nie lubię tego określenia, dojrzałe dzieło chłopaków.

Pierwsza i w zasadzie najważniejsza kwestia – brzmienie albumu. Całkowicie inne od tego, co serwowali nam dotychczas. Specyficzna atmosfera rozmycia i senności towarzyszy nam przez cały czas, dlatego zdecydowanie bliżej temu do „Head In A Ceiling Fan”, aniżeli takiego „Memorial Field”. Oburzenie więc wydaje się oczywiste; skąd przemiana z punkowej, acz bardzo melodyjnej ekipy w kapelę shoegaze’ową? Zaznaczam, iż terminu „shoegaze” używam z bardzo mocnym, natarczywym wręcz, przymrużeniem oka, bowiem tendencja do chrzczenia zespołów różnymi, bardziej wymyślnymi łatkami zawsze będzie zabawna, niczym Tadeusz Drozda i jego „Śmiechu warte” (wiem, że tęsknicie, nie ma się co wypierać). Bez obaw, charakterystyczna melancholia i klimat końca lata nadal dominuje w muzyce chłopaków, jednakże nabrał on zgoła odmiennego charakteru, niż na „Floral Green”; otóż wspomniany koniec jest bardziej deszczowy, wręcz jesienny. Niech więc nie zdziwi Was także fakt, iż wokalnie pierwsze skrzypce gra tu jednak Jamie, ze swoim charakterystycznym, pojękiwaniem i rozmarzeniem, czego dobrą egzemplifikacją będzie chociażby „Your Pain Is Mine Now”. Przyznaję, że po pierwszym odsłuchu sam znalazłem się w lekkiej konsternacji, klimat albumu nie udzielił mi się nawet w małej części. Jednak, kierowany doświadczeniem, iż na płyty nie należy się obrażać, tylko dać im kolejną szansę, przesłuchałem go kilkakrotnie. W końcu nastąpił przełomowy moment: przyznałem przed samym sobą, że te dźwięki są tak samo zajebiście przejmujące, jak te, za które do dziś uwielbiam „Shed” i całą resztę ich dyskografii. Takie „Rose Of Sharon” czy „Liar’s Love” zostaną ze mną jeszcze bardzo długo, jestem tego całkowicie pewien.Title Fight

Będąc świadkiem tego, iż Title Fight nie robią absolutnie niczego pod oczekiwania publiki, jestem pewien, iż sukcesów będzie im po prostu z każdym rokiem przybywać. Pozorne złagodzenie brzmienia nie musi być bowiem wyznacznikiem przeobrażenia się w jakiś radiowy chłam, w tym wypadku jest to świadome pójście o krok naprzód, zamiast uporczywego stania w miejscu. Ja chylę czoła i gdzieś tam w czeluściach mojej głowy rodzi się powolne oczekiwanie na kolejne dzieło i ciekawość kierunku w jakim podążą. Uzbrajam się więc w cierpliwość, cytując Iana MacKaye: „I am a patient boy/I wait, I wait, I wait, I wait”.

Kevin Nazencew

Pięć i pół