TIGER LILLIES – Either Or (Misery Guts Music)

Na brytyjski Tiger Lillies i ich wodewilowe szaleństwa natknąłem się powodowany zauroczeniem poczynaniami Janusza Dariusza Radka na płycie „Królowa Nocy” z 2004 roku, na której to sięgnął do ich repertuaru. I choć podobne, lekko zmanierowane perwersją granie pojawiało się dotąd w mainstreamowym eterze w małych stężeniach za sprawą muzyki z takich filmów jak „Cabaret” czy „Moulin Rouge”, to dopiero wtedy za sprawą owego wokalisty trojga imion zdobyłem się na śmielsze ogarnięcie tematu poprzez sięgnięcie do twórczości wyżej wymienionych clownów z Londynu i źródeł samego „gatunku”.

Za takie powszechnie uważa się sztukę „Opera za trzy grosze” (Die Dreigroschenoper) Bertolda Brechta z muzyką Kurta Weilla, wystawianą w latach 20 ubiegłego stulecia. Znaki szczególne? Zastosowanie formy teatru ulicznego, swingu, muzyki cygańskiej, wodewilu, kabaretu; emocjonalność kreowana groteską, turpizmem czy naturalizmem. W muzyce prezentowanej na „Either Or” nie ma miejsca na transpozycję. „Tajgersi” oddychają tamtym – zepsutym petami i potem prostytutek i ich klientów – powietrzem. Szwendają się pijanymi ulicami przedwojennego Berlina, wydurniają w knajpach, obłapują dziewczyny, przeklinają. Nie ma tu miejsca na artystowskie zacięcie, choć muzycy potrafią zagrać dokładnie to, co chcą usłyszeć. Ci kabareciarze nie chcą być drugimi Richardami Galliano; Paryż, z finiszującym okresem Belle Epoque, cuchnął wtedy napuszoną bohemą. Akordeon Martyna Jacques’a wyciągnięto przeto gdzieś z rynsztoku pod lochami Royal Academy of Music, a resztę instrumentarium uzbierano z tego, co inni muzycy wyrzucili na śmietnik (piła, clackamore). Nie przeszkadza im to jednak cieszyć się zepsutym życiem ulicy.

Tiger Lillies podążając za sloganem „najpierw żarcie, potem moralność” zaczerpniętym z refrenu wyżej wspomnianej „Opery za trzy grosze”, na płycie „Either Or” trywializują przyczyny zepsucia moralności, proponując w zamian anarchię, która sama wyznacza sobie granice dobra i zła. W utworze „Nothing Is Sin” wokalista Martyn Jacques, pochylony nad fortepianem, z manierą Petera Hammilla i akcentem Michaela Caine’a odrzuca transcendencję, bogów, rozgrzesza z nieistniejących przecież grzechów. Nie potępia nikogo. Prostytutki („Sailor”), sutenerzy („He’s So Bad”) są tylko ofiarami porzuconej w oparach opium rzeczywistości. Skoro „Nic nie jest grzechem”, a wartości moralne można relatywizować, to również i płeć może nosić przymiot umowności. Dlatego Martyn Jacques śpiewając ekstatycznym falsetem, staje się nagle kobietą. Mruga do nas przy tym okiem, zdając się wołać „Hej, jestem tylko zwykłą drag-queen, masz papierosa?”.

Jeżeli nawet nie uświadczycie tu brutalnego bluesa w jakości i stylu Toma Waitsa, czy klezmerskich odlotów spod znaku tzadikowej macierzy, warto odbyć tę podróż w czasie, chociażby dla samych walorów poznawczych tamtej „epoki”. I może tak jak Adrianna (Marion Cotillard) w filmie „Midnight In Paris” wybrała dla siebie Belle Epoque jako swój „Golden Age”, tak Was uwiodą „kiełbasy skwierczące czosnkiem” („Blood Alley”) i „ćwiartowany baranek boży” („Forget About Us”). Może to nie to samo co twórczość takiego Teitanblood, ale przynajmniej z pozoru choć trochę zbliżony tematycznie zamiennik na popołudniowe, rodzinne spotkanie z mniej agresywną muzyką w tle.

Kuba Kolan

Cztery