THY WORSHIPER – Klechdy (Arachnophobia Records)

Mój stosunek do folk/pagan metalu, czy jak kto chce tę muzykę nazwać, przypomina relację z moim sąsiadem – imprezowiczem w wieku okołomaturalnym. Koleżka jest mało bystry, hałaśliwy i wyjątkowo uciążliwy, a to, że czasem puści za ścianą jakiś fajny kawałek nic tu nie zmienia. I ja mogę sobie lubić jakiś Isengard czy „wikiński” etap Bathory, ale co do zasady zlepek metalu i folku rozumianego jako skoczne rytmy, biesiadne zaśpiewy i przeszkadzajki na skrzypkach kompletnie mnie odrzuca. Dlatego słuchanie Klechd oznacza dla mnie emocjonalne zapasy i przegryzanie się z tym, czego w muzyce nie cierpię aby cieszyć się tym, co w muzyce uwielbiam.

Thy Worshiper, zależnie od nastroju, doceniam lub lubię przede wszystkim za debiutancki „Popiół”, który broni się perwersyjnym urokiem naiwnego black metalu z epoki adolescencji gatunku. Wydawnictwa poreaktywacyjne zdominował już wyraźny folkowy charakter, i tę muzykę odrzuciłem z przyczyn opisanych powyżej. I pewnie zrobiłbym to samo z „Klechdami”, ale to zbyt dobra płyta, by wysłać ją na drzewo wycięte ze świętego gaju. Ba, to nawet bardzo dobra płyta, co wcale nie znaczy, że potrafię się nią zachwycić.

„Klechdy” omijają dwa podstawowe grzechy folk metalu – słabość do aranżowania „na gitarowo” czegoś, co brzmi jak karczmiane przyśpiewki oraz wykonawczą nieudolność. Thy Worshiper nie dość, że nową płytą dookreśla się jako zespół metalowy, to jeszcze na najwyższym poziomie gra wszystko, co chciałby grać. „Klechdy” robią wrażenie wręcz „superprodukcyjnym” (jak na swoją niszę) rozmachem, sięgającym od nibyludowych zaśpiewów przez artrockowe smęty po blackmetalowy dziki gon, który moim zdaniem podpala lont pod najlepsze momenty tej płyty. I nie piszę tego na zasadzie „obiektywnego” poklepania po plecach w stylu „nieźle gracie jak na kolesi w onucach”. Nie – czysto muzycznie takie „Wschody” czy „Grzyby” to piękna dzicz zakorzeniona w latach 90., porywająca świetnymi pomysłami i bez kompleksów gromiąca bardziej znanych wojów z krain ościennych, co zasobniejszy trzos mitrężą w zajazdach zamiast uczyć się grać.Thy Worshiper

Ale coś mi w tych „Klechdach” fałszuje… Jeśli nawet Thy Worshiper ucieka od folkowej cepelii, to ta dogania go co i rusz. I nie jest to problem mizerii warsztatowej, tylko punktu, w którym poczucie dobrego smaku zespołu rozmija się z moim. Mniejsza o drumle, okaryny i burczybasy, zazwyczaj poupychane pod ścianą metalowych gitar albo przygrywające w interludiach – warstwa wokalno-tekstowa jest jednak dla mnie nie do przejścia. I nie chodzi o to, że Anna Malarz nie umie śpiewać, bo głos ma jak dzwon. Nie czepiam się też manierycznych growli jako takich, te same w sobie brzmią ok. Zgrzyt zaczyna się w narracji, jaką budują ryki o „tłustym łososiu” i wszach we włosach łonowych, rymy typu „dzieci – śmieci” skontrastowane z „lalalaj”-wokalizami a’la Meredith Monk. Tu jest ten moment, na którym utknę jak pijak między sztachetami, tu zaczyna się moje poczucie śmieszności. „Klechdy” odbieram jako byt w pewnym sensie schizofreniczny, interpretujący ludowość na dwa sprzeczne sposoby. Z jednej strony jest tu próba ujęcia w ambitną formę jakiegoś pierwotnego szaleństwa, odetchnięcia zapachem ziemi, tej ziemi. Tak, jak na swój sposób robi to na przykład Furia. Z drugiej mamy ten nieszczęsny folk spaczony gęślami i zawodzeniem, i próbę upchnięcia go skórzanym obuwiem w metalowe utwory. Ta przaśna ornamentyka, która z pewnością cieszy i napawa dumą zespół, to przeszczep, który mój organizm odrzuca.

Może się jednak okazać, że szanownym czytelnikom wszystko to nie wadzi zupełnie, bo kochają black metal z folkowym podtekstem. Ci powinni odczytać całe moje marudzenie jako album tygodnia, miesiąca i kwartału, bo Thy Worshiper kosi konkurencję jednym grzmotem Czernoboha. Przy całym moim uprzedzeniu do estetyki, imponuje mi odwaga i wiara zespołu we własną wizję, i odnajduję na „Klechdach” tzw. „coś dla siebie”. Skoro jednak jedziemy na wieś, to na przyszłość wolałbym mniej Pograbka i Kuśtyczki, a więcej Stygmy i Kaziuka z siekierą.

Bartosz Cieślak