THURSTON MOORE – The Best Day (Matador/Sonic)

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że rozpad Sonic Youth był swego rodzaju nowym narodzeniem muzyków tworzących przez lata ową formację. Jakkolwiek genialna by nie była, lata na scenie zrobiły swoje, do tego dołożyło się jeszcze rozstanie Kim i Moore’a, co ostatecznie pogrążyło ten okręt. Umarł król niech żyje król! Muzykanci zakasali rękawy i co i rusz raczą nas nowymi, autorskimi materiałami. O ile jednak Kim Gordon za sprawą projektu Body/Head utonęła w kakofonii i odjazdach TOTALNYCH, Lee Ranaldo zastanawia się, czy chce grać piosenki czy dysonanse, o tyle Thurston Moore płytą „The Best Day” stwierdza kategorycznie – „Sonic Youth to ja”.

Już sam skład zapowiadał się poniekąd sensacyjnie. Obok Moore’a w zespole pojawiła się basistka My Bloody Valentine – Deb Googe (czyli jednak czynnik żeński musi być…) a także znany wszystkim Steve Shelley, który swoimi bitami przez lata napędzał Sonic Youth. Gromadkę uzupełnia nieco mniej znany gitarzysta James Sedwards (Nought), zaś historia dzieje się w Londynie, gdzie raczył się przeprowadzić Moore, zapewne by zmienić otoczenie po trudnym rozwodzie, choć to już tylko moje spekulacje. Pozostańmy – jeśli ktoś chce – przy wyświechtanym do gołej skóry „poszukiwaniu nowych inspiracji”. W sumie Thurston nie szukał daleko, bo zwyczajnie podjął wątki, które zostały zarzucone gdzieś w okolicach ostatnich płyt studyjnych SY. Chciałbym być dobrze zrozumiany – nie jest to zarzut, bo zespół uwielbiam, zatem trudno nie uśmiechnąć się, słuchając takich hitów jak „Forevermore” czy „Grace Lake” – balansująca na granicy rozstrojenia gitara, charakterystyczne, miarowe bębnienie Steve’a i hipnotyczna aura są nie do podrobienia. Mile łechce mantrowy charakter utworów, które dość swobodnie płyną w nieznane i firmowy patent Moore’a – zblazowana postawa, sprawiająca wrażenie, jakby artyście zwyczajnie się nie chciało. Moore przypomina sobie o czasach „Goo” („The Best Day”), czy „Dirty” („Germs Burn”), sięga niemal do punkowej ekspresji (krótki „Detonation”), ale kiedy trzeba, potrafi wprowadzić niesamowite, melodyjne zagrywki, jak chociażby wstęp do „Speak to the Wild”, jednej z najlepszych a zarazem najdobitniej określających Moore’a jako twórcę firmowego brzmienia SY kompozycji. Obok mocnych, elektrycznych utworów tym razem pojawia się kilka akustycznych wjazdów (chociażby „Tape”), które fajnie rozjaśniają płytę, stanowiąc świetny kontrapunkt dla ciągłych poszukiwań granic dysonansu.QL2A8189b

Nowa produkcja Moore’a to przede wszystkim triumf swobody artystycznego wyrazu, muzycznej wizji nie znającej granic, zarówno stylistycznych jak i czasowych. Nikt tu się nie spieszy, same aranże są potraktowane w zasadzie szkicowo, dając możliwość „wygrania się” instrumentalistom, stanowiąc też zapowiedź – jak mniemam – koncertowych szaleństw. Jasne – trudno w kontekście ciągle przywoływanych dokonań wielkiej czwórki z Nowego Jorku traktować „The Best Day” jako dzieło przełomowe i zaskakujące, bo też i Moore nie ma chyba takich zapędów, grając to co najbardziej lubi. Poza tym – czy trzeba czegoś więcej niż własne, rozpoznawalne brzmienie? Z całej ekipy to właśnie on ma chyba największą ochotę na dalszą zabawę z wykorzystaniem możliwości gitary i nie wątpię, że jeśli kiedyś dojdzie do reaktywacji Sonic Youth, to właśnie z jego inicjatywy.

„The Best Day” stanowi też na koniec wyraźny sygnał, że teoretycznie wyeksploatowana formuła gitarowej alternatywy nadal ma magnetyczną moc i odkrywana po raz nie wiadomo który, ciągle wybornie smakuje. Opisywana tu płyta nie czyni żadnego wyłomu w tym obrazie, ale w swojej zamkniętej, doprowadzonej do doskonałości formie stanowi jego doskonale przygotowany grunt. Podejrzewam, że powstanie na nim jeszcze niejeden rewelacyjny malunek.

Arek Lerch

Sześć