THOSE WHO DREAM BY DAY – Glad To Be…

Słuchanie debiutanckiego albumu Those Who Dream By Day przypomina mi trochę pierwszą wizytę w dopiero co otwartej hipsterskiej knajpce. Wystrój jest bardzo spoko, nowoczesny, ładny, schludny – no ogólnie fajnie się siedzi, robi to wszystko wrażenie. Kelnerka jest miła i ładna, karta atrakcyjna i choć nieco niepokoją cię chociażby nazwy potraw, zamawiasz. Cały czar pryska, gdy wreszcie dostajesz jedzenie. Kotlet jest suchy i zimny, ziemniaki z mikrofali, a surówka to zwykły colesław od Grześkowiaka. Zjadasz, bo jesteś głodny, ale czy kiedykolwiek jeszcze tutaj wrócisz?

Ja wiem, że „Glad To Be…” to debiut i że w związku z tym powinienem być nieco łagodniejszy, ale na tym albumie wszystko jest strasznie stereotypowe i oklepane. Począwszy od nazwy zespołu, przez okładkę, oczywiście na samych kompozycjach kończąc. Those Who Dream By Day oferuje zatem muzykę ograną wzdłuż i wszerz, przegraną wręcz i to właśnie wybór szufladki jest największym problemem zespołu. Szufladki z napisem instrumentalny post-rock. Aj aj aj… band

Naprawdę trudno teraz wybrnąć z takiego grania i niestety Those Who Dream By Day nie do końca się to udaje. Jasne, słychać, że zespół umie grać i przede wszystkim, że wie z czym to się je. Kompozycje nie są przesadnie rozwleczone, grupa dba o odpowiednią dynamikę, co sprawia, że „Glad To Be…” należy postrzegać jako stricte rockowy album, bez wyraźniejszych wycieczek w stronę ambientu czy bardziej transowego grania. Gładziutkie, nawet troszkę przesłodzone brzmienie też ma swój urok, a przynajmniej jakoś bardzo nie drażni. Czasem, jak w zamykającym „…Emotive”, potrafią też mocniej zaakcentować melodie, przez co stają się nawet całkiem „radio-friendly”, a w „in 53o58’N 20o82’E (Bipolar Paradise)”, dzięki nostalgicznym partiom wokalnym, zbliżają się do klimatu znanego z albumów EF. No i wszystko fajnie, tylko że to było. To było setki razy. Dla mnie ta płyta jest właściwie nie do odróżnienia od jakiejkolwiek płyty jakiegoś tam Maybeshewill – inna sprawa, że za Maybeshewill też nigdy szczególnie nie przepadałem. Those Who Dream By Day to post-rock z rodzaju tych bardziej gitarowych, bardziej radosnych, bardziej jakby żwawych – czyli nie do końca mój post-rock. Generalnie jednak, pomijając już samą klasyfikację gatunkową, warszawskiemu zespołowi nieco brakuje pomysłu. Takie And So I Watch You From Afar, poruszając się w mniej więcej podobnej stylistyce, potrafiło w jej obrębie stworzyć (przynajmniej kiedyś) coś względnie własnego, na swój sposób nawet oryginalnego. Those Who Dream By Day zbyt szczelnie okopali się w pewnej estetyce, co wygląda, jakby bali się bardziej wychylić. A może po prostu nie chcą się wychylać, woląc pozostać w swoim ogródku? Jeśli tak, nic mi do tego, ale obawiam się, że z tego ogródka nikt ich nie usłyszy.

Michał Fryga

Trzy