THIRTY SECOND TO MARS – Love Lust Faith + Dreams (Virgin/Universal)

Są zespoły, o których trzeba pisać, są takie, które wato promować, a także te, które tego nie potrzebują, bo historia i marketingowcy robią lepszą robotę od całej, polskiej, zagranicznej i amerykańskiej prasy. Nie warto zatem pisać o Thirty Second To Mars, bo w sumie trudno do końca jasno określić, czy to zespół jeszcze, czy już tylko fenomen socjologiczno – biznesowy. Jedno trzeba ekipie Jareda Leto przyznać – wiedzą, jak zrobić wokół siebie szum.

Przepis na to jest tyle banalny, co dla przeciętnego śmiertelnika nieosiągalny. Potrzeba nam aktora, który nie dość, że ma na koncie sporo fajnych ról, to jeszcze uznany jest za jednego z przystojniejszych facetów na świecie. Poza tym musimy wykoncypować, jakie elementy muzyczne budzą odpowiedni aplauz i będą skutkować powszechnym zainteresowaniem działaniami zespołu. Bohaterowie niniejszej recenzji wybrali idealny wręcz patent i na swojej czwartej płycie połączyli aranżacyjno – elektroniczny blichtr i rozmach „The Resistance” Muse z rockowym patosem „The Joshua Tree” U2. Do tego wrzucili na okładkę dzieło uznanego, angielskiego awangardzisty Damiena Hirsta, wystrzelili singiel w kosmos i… ruszyli z objazdowym cyrkiem przyciągającym tłumy egzaltowanej młodzieży w wąskich spodniach.

W takiej tonacji o nowej płycie i fenomenie zespołu wypowiadają się co bardziej poważni żurnaliści, analizując dzieło, wyciągając na światło dzienne zadęcie i ganiąc miałkie kompozycje. Czyli, w zasadzie, z punktu widzenia promocji, osiągnięto szczyt absolutny. Mówi się, nieważne, czy dobrze czy źle, istotne jest, że Thirty Second To Mars robi zamieszanie.

Muzyczna zawartość „Love Lust Faith + Dreams” to moim zdaniem dokładnie przemyślany produkt, który ma uderzać w konkretne struny. Muzyka rockowa została tu pozbawiona swoich elementarnych cech, czyli zadziorności, rebelii i brudu. W te miejsca wlano syntetyczny dźwięk instrumentów klawiszowych, wygładzono rytmikę a gitary sprowadzono do roli podkładów. Wyeksponowanie elektronicznego instrumentarium nie jest oczywiście niczym nowym, ostatnio sporo zespołów wykorzystuje ten zabieg, czasami ze skutkiem rewelacyjnym („In This Light and on This Evening” Editors będzie tu najlepszym przykładem…), choć zdarzają się i dyskusyjne płyty. 30STM zachowuje bezpieczny dystans w stosunku do każdej z tych opcji. Bo płyty bardzo dobrze się słucha, jest w gruncie rzeczy gładkim kawałkiem pop rockowej alternatywy ułożonej i zagranej pod stadionowe, wspólne śpiewanie, z drugiej strony zespół jak ognia unika jakichkolwiek bardziej kontrowersyjnych zagrywek, dysonansowych brzmień, rockowy zadzior wygładza całą gamą elektronicznego lukru, nie stara się stać w awangardzie. I tu, niestety, upatruję główną bolączkę tej płyty. Wspomniane gdzieś wyżej U2 i Muse są w swojej klasie bardzo wyraźne, rysowane grubą kreską. Taka ostrość „Love Lust Faith+Dreams” dotyczy w dużo mniejszym stopniu. Bezpieczny środek zdaje się być dla zespołu klatką. Złotą, ale jednak…

W kontekście powyższych słów najlepiej na płycie wypadają te bardziej przestrzenne fragmenty, z „City of Angels” i „Bright Lights” na czele – czyżby zespół chciał stworzyć swoje wariacje na temat „With Or Without You”? Zastanawiam się też, jak wyglądałyby kompozycje, gdyby odrzeć je z tego elektronicznego zgiełku? Oskarżenia o przerost pseudo progresywnej formy nad treścią, które stały się w przypadku tej płyty nagminne, są jak najbardziej na miejscu, jednak w gruncie rzeczy akurat tym razem to „szata zdobi człowieka”. To właśnie ten „przerost” powoduje, że nawet jeśli nie dowierzam zespołowi w takim samym zakresie, jak miało to miejsce w przypadku U2 i „The Joshua Tree”, to z taką samą przyjemnością konsumuję „Love Lust…”. Bez zbytniego wysiłku, oczekiwań i pretensji. Rezygnacja z analizy jest dla tego albumu błogosławieństwem. Kotu spiłowano pazurki i założono kokardkę. I teraz odpowiedzcie sobie na proste pytanie – czy po tych zabiegach kochacie swojego pupila mniej? Tym razem bez oceny…

Arek Lerch