THE XX – I See You (XL Recordings/Sonic)

Płyta brzmi triumfalnie i radośnie – mówi o „I See You”, trzeciej płycie The XX, Jamie Smith i choćbym bardzo chciał, nie mogę się z nim nie zgodzić. Czas zatem rozpocząć małą debatę o krążku, który wprowadzi trochę powietrza do popowego światka. The XX to zespół na miarę naszych czasów – nudny, sfeminizowany, lubujący się w syntetycznym brzmieniu, raczej pogodzony z życiem i celebrujący swoje istnienie na tym świecie. Składniki są proste – nieinwazyjna elektronika, soulowy śpiew, melancholia, indie popowa blaza. Muzyka z „I See You” jest dokładnie taka jak okładka – oszczędna, banalnie prosta a jednocześnie można w niej zobaczyć swoje odbicie. Jest blisko rewolucji. Następna płyta stanie się hymnem zagubionego pokolenia youtube

Grzegorz: Panie kolego, zimowa aura sprzyja smutkom. U mnie trochę ich w nadmiarze, toteż chciałbym się dobić, a dwa IKSY zawsze znakomicie sprawdzały się w tej roli. A tu zonk, bo duet (czyli trio) odnalazł szczęście, czerpie z życia garściami,XXXXX nie smuci się, nie prowadzi romantycznych dialogów, a momentami nawet tańczy. Źle się dzieje?

Arek: Chyba dobrze. Najważniejsze że budzą rożne reakcje. Znajomy dziennikarz na dźwięk nazwy The xx skrzywił się, mówiąc, że tego nie tyka i obchodzi szerokim łukiem (śmiech).

Grzegorz: Ciekawe dlaczego, może woli London Grammar albo Jessie Warre? A ja uwielbiam całą trójkę, i jeśli ktoś lubi jedno, to złapie bakcyla na resztę. Swoją drogą, przez czas kiedy XX milczało, London Grammar urosło do rangi konkurencyjnego zespołu. Nie wiem, czy czasem nie wolę ich (jej) bardziej. Nie podoba mi się ta pełnia życia na tej płycie. Czuję się, jakbym słuchał nie dwójki niepoprawnych romantyków, a naszego Xxanaxxu

Arek: Porównanie oczywiście jak najbardziej na miejscu. Pytanie, kto z kogo zżynał. Ważne, że jest pełnia życia. Ja tego samego zwrotu użyję by podkreślić to co na tej płycie najbardziej lubię (śmiech).

Grzegorz: (śmiech) Czyli wreszcie będziemy się kłócić… No to mów, gibasz się przy „Lips”?

Arek: Gibam się przy „Lips”, wychodząc przy okazji na wielkiego zdrajcę; znowu będą się czepiać, że Violence pisze o szitowej muzyce. Ale wiesz co – kompletnie mnie to nie rusza, bo nowe iksy mnie uspokajają i poprawiają nastrój. Bardzo mnie cieszy ten minimalizm – mało dźwięków, w pewnym sensie sterylny, oszczędny aranż i wyeksponowany soulowy duch. Jest miło. Jak będę chciał się pomęczyć, posłucham jakiegoś defmetala.

Grzegorz: Ale męczyć można się nie tylko negatywnie. Ja The XX, hmmm… do niedawna uwielbiałem. Z wielką chęcią poszedłbym na koncert, ale wolałbym aby pozostali niepoprawnymi romantykami. Chociaż, takie podejście uwłacza „artyście”. Wszak, liczy się rozwój.

Arek: Dla mnie dalej są romantyczni. Słodko jest, ale najbardziej pociąga mnie ten neo soulowy minimalizm, coś w stylu Portishead pozbawionego zimnej otoczki. Rozwój na tej płycie to próba wydestylowania podstawowych, archetypicznych wręcz elementów piosenki. Pierwotnego rytmu, muśniętego, chłodnego tła i urzekających głosów. Właśnie – ładnie śpiewają. To mi się podoba, tak zwyczajnie, bez kontekstu, analizowania i rozkminiania, czy dzisiaj The XX są jeszcze modni, czy już passé…

Grzegorz: No z tą modą, to faktycznie, był czas, że byli na topie. Ale widzisz, ich dwa ostatnie koncerty u nas wyprzedały się na pniu. Zasłużyli na to, ale the xx bez koncepcji, bez konkretnego sznytu to taki trochę dyskotekowy band bez tożsamości. Do posłuchania i tupania nóżką, jak i dzikich harców z wybranką. Szkoda, że w takiej formie nie zobaczymy ich w małych klubach.The xx Credit Laura Coulson

Arek: Dla mnie ważne jest, że ciągoty do tańca ożenili z samymi dobrociami – są fajne zabiegi perkusyjne, muśnięcie synthpopu, a w niektórych miejscach dopatruję się nawet delikatnych wpływów post – divisionowych bandów w stylu The National. Oczywiście, rządzi sampler, ale za to jak użyty. Strasznie smaczna jest ta muzyka, nawet jeśli stanowi przykład lekkich rozterek muzykantów. Jeśli nawet na następnej płycie będzie inaczej, to już teraz jest wszystko zwarte koncepcyjnie – począwszy od melodyki, przez brzmienie, na okładce skończywszy. Taka płyta co albo od razu cię wkurwi, albo zostanie na długo.

Grzegorz: Ja muszę dać jej szansę. Chyba za dużo po nich oczekuję, a to przecież nadal młodze dzieciaki, chyba nawet mój wiek. Dam im się pocieszyć, i na festiwalach sprawdzę, o co w tej nowej zabawie chodzi. Mam jednak, jedno, ale dość poważne „ale”. Z tym brzmieniem to nie egzaltowałbym się. Jest w tym soundzie drive, puls i pewna nośność, ale za dużo tu ciepła i logiki. A za mało buntu.

Arek: No i wymieniasz te cechy, które mnie się akurat podobają. Powiem wprost – jak chcę chaosu, syfu, brudu, albo z innej flanki – technicznych zagrywek czy awangardowych eksperymentów, mam do wyboru tysiące wykonawców, w każdej możliwej odmianie. Iksy mają właśnie takie być – ciepłe, leciutko tylko zawadiackie. Senne. Takie do słuchania – jak to sam określiłeś – i w samochodzie i w łóżku. Z drugiej strony, tej muzyce towarzyszą niegłupie, dość smutne teksty, więc tym bardziej sprzyja im taka intymna muzyka. Bunt? A na cholerę?!

Grzegorz: Bo są młodzi i mają coś do powiedzenia. Temu! (śmiech).

The xx Credit Alasdair McLellan copyArek: Wiesz – młodzi zawsze mają coś do powiedzenia, tylko nie potrafią tego przekazać i zazwyczaj są głupi. The XX jak na swój wiek prezentuje się bardzo dojrzale. Jasne, to JEST produkt, rzecz komercyjna, być może jedynie udająca alternatywę, ale trzeba mieć pod kopułą poukładane, żeby napisać taki materiał i nie dać się ponieść młodzieńczej fantazji. Z drugiej strony, wyczuwam w tym materiale taką lekką korąbność – wiedzą, że i tak wszystkim nie wygodzą, zatem zrobili rzecz swoją, bardzo intymną, introwertyczną wręcz. A przy tym w wielu miejscach radiową. Kurde, przecież to płyta, o jakiej skrycie wielu artystów marzy – zrobili materiał plasujący się idealnie pomiędzy lekkim „niezalem” a konkretną komercją.

Grzegorz: I dlatego grają na Openerze. To zróbmy tak: ja dam tej płycie kolejną szansę, a ty się nią znudzisz? Ok? (śmiech).

Arek: Dobra, pewnie się znudzę bo dużo jej słucham. Wiesz, tak po prostu, bez analiz, działa na mnie kojąco, sprawia mi przyjemność, bez podtekstów i drugiego dna. Prosto, do serca. Uwierzyłem w taką wersję neo soulu. Nawet jeśli to tyko mała mistyfikacja, mogę się jej poddać. Przynajmniej dzisiaj.

Przekomarzali się Grzegorz Pindor i Arek Lerch