THE WEDDING PRESENT – Going, Going… (Scopitones)

Komu potrzebna jest nowa płyta The Wedding Present? Trudne pytanie. W zgiełkliwym 2016 roku umknie naszej uwadze, zaopatrzona w szarą okładkę, odwołująca się raczej do sentymentów, bo przecież to właśnie w latach 80. i 90. powstały klasyczne dzieła brytyjskich indie rockowców. Trzeba jednak przyznać, że zespół nieźle się trzyma i nadal potrafi zaskoczyć, próbując odnaleźć się we współczesności. 

Brytole to prawdziwie długowieczna załoga. W dobie krótkich kolaboracji, ewentualnie trupów wstających po latach z krypty, kariera The Wedding Present jawi się jako coś oczywistego. Zdarzały się im dłuższe przerwy (między 1997 a 2004 nawet małe zawieszenie), ale cały czas coś tam dłubią. Na „Going, Going” musieliśmy czekać cztery lata, w międzyczasie pojawiła się nowa basistka i gitarzysta, ale lider cały czas ten sam – David Gedge trzyma kurs, choć nowa płyta jest czymś więcej niż tylko zwykłym, kolejnym krążkiem.

W pierwszym momencie kontakt z tym materiałem może budzić konsternację, bo ten spory zestaw (dwadzieścia utworów!) brzmi trochę jak kompilacja singlowych nagrań. Nie wiem, czy dobrze odczytuję intencje zespołu, ale w taki a nie inny sposób podsumowuje on ostatnie lata poszukiwań, dając jednocześnie do zrozumienia, że dzisiaj, bogatszy o dziesiąt lat doświadczeń, nie ma zamiaru tworzyć płyty, która ktoś się zachwyci, dlatego jestem skłonny stwierdzić, że to najbardziej szczery i w dużej mierze bezkompromisowy album. Słychać wyraźnie, że nikt się tutaj nie przejmował dramaturgią, zamiast tego mamy nieskrepowaną erupcję pomysłów, które zostały w naturalny, niewymuszony sposób skompilowane… i okazuje się, że ma to sens. Na szczęście, zespół cały czas zachowuje swoją, wyspiarską klimę, melancholijny ładunek i cień lat 80., z którymi zawsze będzie się kojarzył. Sam nie wiem, czy to celowe działanie, ale słodka melodyka ukryta pod zgrzytliwymi gitarami, ta lekko wycofana postawa zawsze będą ich odpowiednio szufladkować. I dobrze. Z drugiej strony – ta solidna porcja muzyki jest jednak ciut za duża…twp-band

Właśnie – skoro zespół przygotował aż taką ilość muzyki, nie muszę przyjmować całości bezkrytycznie, a wręcz mogę – korzystając z dobrodziejstw cyfrowego formatu – skompilować optymalny zestaw, który zasłuży na aplauz. Zatem – zaczynamy. Początek i koniec zostają bez zmian – instrumentalny, ładnie narastający „Kittery” idealnie wprowadza w nostalgiczny, deszczowy klimat płyty, podobnie zakończenie: najdłuższy w zestawie, sześciominutowy „Santa Monica” fajnie spina materiał, dzielnie balansując hałasem i wyciszeniami. Dorzucamy psychodeliczny, kojarzący się z 4AD „Marblehead”, równie klimatyczny (cały czas wizualizujący w mojej głowie drogę, ale nie okładkową, tylko McCarthy’ową…) „Sprague”. Żeby melancholii nie zabrakło, jeszcze „Emporia”. I dla równowagi – punk’rock’n’rollowy  „Secretary”, ładna piosenka „Lead” z miło pobrzękującymi, sonikowymi gitarami. Nie może zabraknąć także „Fifty-Six” – z wolnym, opartym na niepokojącym basie tematem i dużą ilością dysonansów, skontrastowanych z wesołymi refrenami. Ciekawie prezentuje się „Little Silver”, z balansującą dynamiką, kojarzącą się z wczesnym obliczem Smashing Pumpkins. I na środek tego zestawu, w tamach interludium, wsadzamy najdziwniejszy na płycie „Greenland”, składający się z monotonnie stukającej perkusji i beznamiętnie recytującego wokalu w tle. Tyle. Dziesięć wałków, idealny zestaw. Za to dostają maksymalną notę. Do tego pięknie surowe brzmienie i wybijająca się, doskonała praca basu – tak, Katharine zdecydowanie wie co z czterema strunami robić. A co z resztą materiału? Cóż, nie są to złe kompozycje, ale w takiej ilości zaczynają męczyć. Jest parę nieco punkowych potupajek, jakiś instrumental, rockowe – zwykłe – piosenki. Niby ok, ale zaczynają się zlewać z tłem. Szkoda, że nie zostawili ich na jakieś kompilacje, czy strony B, w tym przypadku nadmiar nie jest dobry. Ale i tak The Wedding Present udowodnił, że daje radę.

W minionych dekadach o takich zespołach mówiło się, że są świeżą krwią w rockowym światku. Dzisiaj… nie, nie potrzebują transfuzji, choć na pewno nie rozdają kart. Po prostu, za angielskim dystansem są, gdzieś zboku, bez szans na laury, ale na pewno nie są zbędni. Bez nich ten obrazek byłby jednak smutniejszy.

Arek Lerch

Cztery