THE WAR ON DRUGS – Lost In The Dream (Secretly Canadian/Sonic)

The War on Drugs, czyli w zasadzie Adam Granduciel to „middle class” indie rockowej drugiej fali. Zespół powstał w 2005 roku i dorobił się jak na razie trzech płyt, z których najnowsza ukazała się w marcu br. W 1983 Jean-Michel Jarre opublikował album „Music for Supermarkets”; idąc tym tropem, „Lost in the Dream” powinien mieć doczepioną nalepkę z napisem „muzyka samochodowa”. I chyba ten zwrot najlepiej opisuje zawartość krążka.

Piosenki z nowej płyty nie są wydarzeniem, które wstrząśnie muzycznym światem. Ot, porcja dobrze skrojonej, rockowej pulsacji, z wyraźnym ukłonem w stronę słuchacza mniej wybrednego. Nie chciałbym jednak zarzucać grupie banału, choć w swojej działce zajmują zdecydowanie środkowe miejsce w peletonie. Wszystko zależy od oczekiwań i to jest przekleństwo, dotykające muzyków. Jeśli chcemy czegoś nowatorskiego, co wzbudzi może nawet i opór, na tej płycie tego nie doświadczymy, bo dźwięki jakie proponuje Adam na „Lost in the Dream”, faktycznie świadczą o tym, że lekko zagubił się w sennych majakach. A z drugiej strony, jeśli szukamy przyjemnej tapety ilustrującej samochodowe eskapady, lepiej nie możemy trafić. Umili podróż, dyskretnie chowając się w tło, bez agresywnego wgryzania się w jaźń; opcja zakłócenia koncentracji podczas jazdy odpada. Co najwyżej zaśniemy.War on drugs b

Głównym zarzutem w stosunku do tej płyty jest mocny, może nawet i za mocny, ukłon w stronę dorobku Dire Straits. Faktycznie, takie songi jak „Red Eyes”, „Disappearing” czy „Eyes to the Wind” to kwintesencja takiego, wyśmianego w niektórych środowiskach grania. Rock środka, muzyka nieszkodliwa czy parafraza zdradzająca brak pomysłów – czasami pojawi się syntetyczny bicik, melancholijne melodie żywcem zripowane z lat 80 – tych, spokój, bardzo oszczędne, linearne aranże. Przy takiej konstrukcji i klimacie płyty nie ma mowy o jakichś dziwacznych pomysłach, mocniejszej gitarce, bo to mogłoby niepotrzebnie wyrwać kogoś z letargu. Jeśli już, to idziemy wręcz w drugą stronę – „The Haunting Idle” to nic innego jak ambientowa impresja. Jeśli miałbym wyznaczyć reprezentatywny dla tej płyty kawałek, byłby nim „An Ocean In Between the Waves”. Klasyk, który mógłby powstać równie dobrze ze trzydzieści lat temu, choć skróciłbym go o jakieś 3 minuty.

Wbrew tym słowom, faktycznie, udało się grupie uchwycić specyficzny, zadumany klimacik i ubrać go w rockowo niezobowiązujące, zwiewne szaty. Płyta, która może połączyć pokolenia – posłucha chętnie łysiejący ojciec jak i brodaty synek w wełnianej czapie.

Arek Lerch

Trzy i pół