THE STUBS – Second Suicide (Instant Classic)

Rock nad Wisłą nie kojarzy się już z autobiografią i helikopterami. Z ulgą odnotowuję, że do lamusa odchodzi stereotyp polskiego rockmana, który pamięta jeszcze czasy milicji obywatelskiej i kartek na mięso. Teraz do boju rusza cała rzesza stoner, sludge i innych rockowych bestyj, które rodziły się już w erze kapitalizmu, załapały na n – tą falę punk rocka i dopiero potem pokochały stare brzmienia. Wśród nich spora część postanowiła dosłownie zmierzyć się z czystym rock’n’rollem i tego efektem jest egzystencja grup w stylu The Stubs, którzy promują właśnie drugą płytę „Second Suicide”. Płytę zawierającą esencjonalny, bezpretensjonalny i korzenny rock bez żadnych dodatków.

Wychodząc od ekspozycji instrumentów, oraz – kolokwialnie mówiąc – pierdolnięcia, jakim dysponuje zespół, nie ma się co łudzić, że pierwszą płytą, jaką chłopaki usłyszeli był singiel Berry’ego „Johnny B. Goode” z 1958 roku. Raczej były to nagrania Sex Pistols i hardcore’owe protest songi, a sam zespół pewnie postawiłby w tym miejscu jeszcze Motörhead, od którego ponoć wszystko się zaczęło. Mając takie podstawy i wywodząc się ze sceny DIY, trudno oczekiwać, że muzycy będą instrumenty głaskać. Do tego rzucania się na gitary i bębenki dodajemy kompozycje, które – jak przyznają sami zainteresowani – powstają głównie w kiblu. Efektem jest wyrywający z butów, klasyczny i radośnie podskakujący rock’n’roll, opatrzony rewelacyjnym śpiewem. Rozpinając pomost między latami 60 – tymi, wspierając się na korzeniach punka i docierając w ten sposób do 2013 roku, Stubs stworzyli muzykę wręcz pedantycznie odartą z każdego, niepotrzebnego dźwięku, szarpnięcia i uderzenia. Dominuje prosty formalnie, ale bardzo dobrze swingujący rock, solidnie zagrany i wpadający od razu w ucho. Zespół pojął, o co chodzi w tej muzyce, zrezygnował z poszukiwań i stworzył materiał dość jednowymiarowy formalnie, ale nadający się do wielokrotnego użytku. Trudno w tym miejscu wyróżnić poszczególne utwory, bo całość, od początku do końca to jedna wielka, rockowa potańcówka. W dodatku zespół wiedział, jak chce brzmieć, co skutkuje jedną z lepiej nagranych płyt w tym roku. The Stubs bez skrępowania raczą nas klasycznymi zagrywkami, riffami jakby już znanymi, jednak podanymi w zawadiacki, zadziorny sposób. Od początku do końca to po prostu dobra, rockowa zabawa na poziomie.

Trudno traktować „Second Suicide” jako odkrycie roku, bo raczej nie o to chodzi. The Stubs świadomie stawiają się po stronie pozbawionych ambicji przywódczych muzykantów, którzy zamiast na siłę wytyczać nowe kierunki, raczej dłubią w śmietniku rock’n’rollowej historii, znajdując tam ciągle coś godnego uwagi. Może gdzieś tam brakuje mi nieco hardcore’owego napierania i chętnie bym tę klasykę wymieszał z bardziej współcześnie brzmiącym riffem, jednak mogłoby to zwyczajnie zaburzyć równowagę, bo „Second Suicide” broni się mnie przede wszystkim ową hermetyczną alienacją. Może i jest to rock niskobudżetowy, ale mentalnie mamy do czynienia z bogactwem rockowej skarbnicy. Słuchać i tańcować.

Arek Lerch

Cztery i pół