THE STUBS – Let’s Die (Instant Classic)

Nowemu albumowi The Stubs towarzyszy kontekst końca – zespół wydaje płytę o wszystko mówiącym tytule, za chwilę rusza w pożegnalną trasę, a po niej kończy działalność. Nie domyka się w ten sposób żadna epoka, z rozpaczy nie zawyje ani The Quietus, ani nawet dział kulturalny Gazety Wyborczej. Nie jest to wszak żaden przytyk – ambicją warszawskiego power trio nie było odpalanie rewolucji, a sięgnięcie do samego rdzenia rockowej konwencji, rozszczepienie atomu rock’n’rolla bez jakichkolwiek naddatków. Skoro zatem doszło do – rozciągniętego na cztery znakomite płyty – wybuchu, logicznym jest rozpad zamiast tlącego się latami smutnego dogasania.

The Stubs umierają tak, jak żyli – na pełnej, łojąc w ciemnym garażu bimber z punkowych ziemniaków i bluesrockowych drożdży. Trudno dostrzec jakąś wielką stylistyczną przepaść między „Let’s Die” a jego poprzednikami, trudno też dosłuchać się różnicy jakościowej. Kiepy wciąż zręcznie omijają schematy sztampowego stonera i psychodeliczne impro-nudy, grając krótko, mocno, melodyjnie i prosto w twarz. Jako zwolennik polskojęzyczności i „lokalizacji” muzyki, chylę nisko czoła przed anglosaskością The Stubs, który nie brzmi jak prowincjonalna podróbka zespołów z wielkiego świata – ani językowo, ani w wyczuciu tzw. konwencji. Jasne, że wolałbym coś bardziej swojskiego, ale to, co grają Gifty (i to JAK grają) jest uniwersalne. Twista do „Let’s Die” wytnie i John w Teksasie, i Johann w drodze na koncert The Hellacopters, i Janusz w koszulce Slayer. O to właśnie chodzi w tej muzyce.

Już się ta płyta skończyła?! No to włączam „repeat”, co nie zdarza mi się często, nawet, jeśli słucham teoretycznie wybitniejszych albumów. Może i The Stubs też włączy się kiedyś od nowa, może ktoś wygrzebie te niedopałki z popielniczki, ale dziś, zamiast pisać smutne elegie, uchylam kapelusza. Trzeba mieć mnóstwo charakteru, aby wyczuć odpowiedni moment kiedy mówimy sobie dość, choć gra się fajnie, płyty są ciepło przyjmowane, a ludzie tańczą na koncertach. Co The Stubs mieli zrobić to zrobili, i chwała im za to, bo większości nigdy się tyle nie uda. Z zazdrością myślę o zespole, który odchodząc jest opłakiwany i fetowany zamiast istnieć i walczyć o każde zainteresowanie. Szkoda świetnej kapeli, ale każdej życzyłbym takiego łabędziego śpiewu jak „Let’s Die”.

Bartosz Cieślak

Pięć