THE SHIPYARD – Water On Mars (2.47 Production)

Trójmiejscy, klimatyczni ponuracy The Shipyard nagrali drugą, bardzo oczekiwaną płytę, na której pokazują się z ciut innej strony. Do znanych już elementów dokładają nieco więcej energii i zdecydowanie ostrzejsze gitary. Choć, jak już się przez nie przedrzemy, dostaniemy taki sam zestaw emocjonalnych czerni. I bardzo dobrze.

Zastanawiałem się, w jakim kierunku udadzą się trójmiejscy post – nowofalowcy. Na We Will Sea wykorzystali miłość do lat 80 – tych, zmieszaną z zimnymi klimatami, zapodali kilka nastrojowych zagrywek gitary, po czym wypuścili obiecującego singla „Teleprtacja/Święto Strachów” i… uderzyli na Marsa. Nowy krążek to zdecydowanie jeden z lepszych – na ten moment – rockowych wydawnictw pierwszej części roku.

Od razu ruszają z motorycznym, nowofalowym, tytułowym rock’n’rollem i wiadomo, że lekko nie będzie. Miejscami robi się wręcz punkowo („Swans and Blue Whales”), dominuje mocne, riffowe granie („But Everything”), jednak im dłużej słucham „Water On Mars”, tym więcej ciekawych zagrywek i pomysłów wychwytuję. Słychać, że zespół nadal pozostaje w kręgu miłośników rockowej smuty – jeśli w „So Much to Win” nie usłyszycie The National a w przebojowym „Alright Alright” Editorsów, to znaczy, że… się nie znam. Jest chłodno (kjurowaty „Lisbon”, „Astronauts We Are”), pojawiają się próby urozmaicenia formuły (ciekawie zaaranżowany, wzbogacony damsko – męskim dialogiem wokalnym „I’m Ready”), jest sporo transu, który szczególnie fajnie wypada w napiętym „Systematic Approach to Life” (świetne zwrotki, grane tylko na podkładzie sekcji…), jest kilka bardzo melodyjnych fragmentów (mój numer jeden na dzień dzisiejszy to chorus w „Firearms”), słowem – dla każdego coś miłego. Podobnie jak na debiucie, jest zróżnicowanie a jednocześnie materiał prezentuje się bardzo spójnie pod względem doboru środków i aranżacji. Z pozoru mocne, rockowe granie z każdą minutą ujawnia kolejne, świetne pomysły. Słychać, że debiutanci to nie są, że mieli ochotę zagrać mocniej, wykorzystać przestery, nadal jednak pozostała iskra i ten talent do układania niebanalnych linii melodycznych. Ważne jest też dość surowe brzmienie płyty, które podkreśla ten męski, rockowy drive.The Shipyard Band

Wprawdzie nie znalazłem na „Water On Mars” tak chwytliwych fragmentów jak chociażby „Oyster Card” z jedynki, zespół wyczyścił też swoją muzykę z lekko noise’owych naleciałości, jednak okazuje się, że to właśnie nowa płyta częściej gości w moim odtwarzaczu. Bardziej wciąga i przykuwa uwagę. Krótko mówiąc, a raczej pisząc – jest do przodu, lepiej, choć nadal bezkompromisowo. To się nazywa rozwój.

Arek Lerch

Zdjęcie: Praetorian Black

Pięć