THE SHIPYARD – Niebieska Linia (2.47 Production)

Być może zabrzmi to dziwnie, ale trzecia płyta powinna nie tyle potwierdzać klasę zespołu, co puentować jego dojrzałość i zdolność do kreowania własnej, wiarygodnej i wciągającej przestrzeni. Najnowszy – właśnie trzeci – krążek trójmiejskiej załogi The Shipyard dokładnie taki jest. Klimatyczny, przestrzenny i przesiąknięty morzem. Dotykający słuchacza z różnych stron, na różne sposoby. Intrygujący, rozleniwiony, ale i energetyczny. Momentami dołujący, może trochę dekadencki. Malujący w głowie obrazy. Jednym słowem – zapadający w pamięć nie tyle jakimiś nowomodnymi fajerwerkami, ale właśnie repetycją czegoś co bardzo dobrze znamy.

Przyznam się, że ostatnio rzadko kiedy zwracam uwagę na okładki płyt, bo są po prostu miałkie, stanowią co najwyżej esencję bezpłciowego opakowania, które niczego do muzyki nie wnosi i zazwyczaj zwyczajnie się z nią rozmija. W przypadku „Niebieskiej Linii” muzyka wchodzi w łeb najlepiej, kiedy gapię się właśnie na okładkę. Jest coś hipnotyzującego w tym smutnym, pełnym zadumy obrazku człowieka bezradnego wobec żarłocznej urbanistyki; kiedy ruszają pierwsze dźwięki przebojowego „Kruki i wrony” jest za późno by wyrwać się z tego zaklętego kręgu. Ta płyta ma w sobie coś magicznego.

A przecież pozornie nie ma tu niczego nowego, odkrywczego, ba, to w zasadzie jeszcze większe niż kiedyś uwstecznienie, sięgnięcie do dawno zapomnianych, choć nadal smakowitych zwrotów, które już gdzieś słyszeliśmy. Ja np. słyszę w „Krukach…” manierę Janerki. Klimat lat 80. jeszcze bardziej nabrzmiewa, kiedy ruszamy „Na barykady”. Toż to niemal protest song! Niepokojący, wojowniczy i transowy, z tym swoim mocnym retro – riffem. Kolejny krok wstecz – „Nightcall” z ponurym pulsem, mającym coś z niemal gotyckiej aury Sióstr Miłosierdzia a w rzeczywistości będący interpretacją kompozycji… Daft Punk. W kreowaniu przestrzeni i atmosfery The Shipyard jest mistrzem, zna się także na tkaniu psychodelicznej zawiesiny, jak np. w rozedrganych „Oceanach”. Romantyczna nowa fala, powietrze przesycone zapachem morskiej wody (taka deklaracja pada zresztą w akustycznym interludium „We Are at Sea”…). Zespół nie wstydzi się swoich fascynacji, kiedy zapodaje noworomantyczny „Love or Hate” z tym mechanicznym beznamiętnie pompowanym rytmem. Podobnie jest w „I Got That Feeling”, choć to chyba jedyny, nieco błahy moment tej płyty.  No i wielki finał tej bardziej piosenkowej części płyty – „Morze Las”. Trójmiejsko – alternatywny, relaksujący, a może troszkę zblazowany klimat, niemalże indie rock, który nagle, w drugiej połowie przechodzi w świetną, psychodelicznie zawieszoną improwizację. No i „Plejady” (ktoś pamięta Noah Noah?)… Spokój, smutek, oszczędny aranż i ta wciągająca PRZESTRZEŃ… band

Na osobną opowieść zasługuje za to finał płyty w postaci tytułowej „Niebieskiej Linii”. Wiadomo o co chodzi i zespół potrafi w mistrzowski sposób wykreować coraz bardziej duszący nastrój. Co ciekawe – wcale nie potrzebuje do tego mocnych bębnów i ciężkich, gitarowych brzmień. Zadowala się głównie elektroniką, która przez osiem  minut maluje coraz ciemniejszy, spowalniający obraz. Paradoksalnie, to właśnie ten numer powoduje, że łapiemy oddech. Uspokajamy się, wyciszamy aż do samego końca…

Trudno opisywać płytę za pomocą konkretnych i technicznych pojęć. Tu nie ma na to miejsca, bo zespół chyba z premedytacją stworzył bardzo proste piosenki, w których brak szczególnie pogmatwanych aranżacji. Wszystko zostało sprowadzone do konkretu, kreowania obrazów, które mają zostać w naszych głowach. Premedytacją jest na pewno otwarcie stawki piosenką, która w innej rzeczywistości miałaby duże szanse zawojować przestrzeń radiową. Zespół redukuje swoje dźwięki do niezbędnego minimum, oddając w nasze ręce własne emocje. Rezygnuje w większości przypadków – w przeciwieństwie do Water on Mars –  z języka angielskiego, przez co – choć muzyka może budzić skojarzenia z Joy Division czy brytyjskim shoegaze – staje się jeszcze bardziej swojski, nasz. Może także dlatego, że w ten sposób bliższy jest debiutanckiej płycie We Will Sea. Wiem, że nie jestem specjalnie obiektywny, wiem, że The Shipyard niczego nowego nie odkrywa. Wiem też jednak, że nie mogę się od „Niebieskiej Linii” uwolnić. Tak po prostu…

Arek Lerch 

Zdjęcie: Paweł Jóźwiak

Sześć