THE NECKS – Three (Northern Spy/ReR Megacorp)

W momencie, kiedy Lotto odlatuje gdzieś w nieokreśloną, elektroniczną przestrzeń i brakuje mi ich archetypicznego, organicznego transu, powraca z odsieczą nowa płyta The Necks i za sprawą grubej dawki takiego grania uspokaja skołatane nerwy. Jest to jednocześnie oferta, trzeba przyznać, idealna na dzisiejsze czasy – mamy dużo wolnych godzin (albo i nie), więc spokojnie możemy strawić ponad sześćdziesięciominutową (!) dawkę muzyki.

W recenzji poprzedniej płyty Australijczyków „The Body” pozwoliłem sobie na uwagę, że lepiej byłoby ten krążek  – a w zasadzie jedną, blisko godzinną kompozycję – podzielić na trzy części. Nie wiem, może panowie przeczytali te słowa (albo ktoś im przetłumaczył…), bo nowe dzieło to właśnie trzy numery, każdy po ponad 20 minut, zatem możemy brać się do trawienia tego monstrum. W porównaniu z „The Body” nową płytę odbieram jako lekki powrót do bardziej klimatycznego, mniej nerwowego grania. O ile na poprzedniczce zespół w kilku miejscach serwował zaskakujące zmiany, to na „Three” dominuje spokój, zawieszenie w przestrzeni i medytacja. Tak, do medytacji nowa płyta nadaje się idealnie, bo w zasadzie tematy prowadzone są linearnie, bez gwałtownych zmian, co jeszcze bardziej podkreśla transowy, zapętlony charakter muzyki. W sam raz żeby odpłynąć.TheNecks_byHolimage_0290_hires

Osobiście, numerem jeden oznaczam utwór… nr jeden czyli „Bloom”. Oś kompozycji (w zasadzie – improwizacji) stanowi napięcie między lekko rozedrganą warstwą rytmiczną a spokojnymi frazami fortepianu. Pozornie monotonna narracja kryje niuanse, drobne drgnięcia pod powierzchnią, uchwytne podczas uważnej lektury. Skojarzenia z Föllakzoid nasuwają się głównie ze względu na monochromatyczny sposób budowania utworu, choć czuję też powinowactwo z Kristen i płytą „LAS”. To jest dokładnie ten kierunek, pełen nostalgii, pozornego zawieszenia, które jednak tętni swoim przytłumionym rytmem. Czy to ideał łączenia jazzu z transem? Skłaniam się ku odpowiedzi twierdzącej. Inaczej jest z „Lovelock”; tu The Necks jest bliżej do muzyki konkretnej, sonorystyki, kłaniają się poszukiwania Krzysztofa Pendereckiego. Kolorystyka na najwyższym poziomie. W tym ilustracyjnym labiryncie wyróżniają się świetne, perkusyjne tremola oraz doskonałe wyważenie improwizacji i klimatu. W naszym kraju odpowiednikiem takiego pojmowania kompozycji może być np.  Ensemble Tuning Gorzyckiego. No i finał w postaci „Further” czyli najprzystępniejszy fragment, który brzmi trochę jak Talk Talk grający smooth jazz, z tym, że to detale, elektroniczne smaczki, pobrzękiwanie perkusji, no i długość powodują, że utwór na pewno nie jest muzycznym tłem, choć zdecydowanie najbardziej z zestawu skłania, by wpaść w przyjemny, odprężający letarg.

W gruncie rzeczy, The Necks stworzyli muzykę przystępniejszą niż na „The Body”, zachowując jednocześnie wszystkie cechy, które stanowią o wyjątkowości składu. Czy jest to najlepsza rzecz jaka zaproponowali? W zasadzie trudno odpowiedzieć, bo na każdej płycie przyglądają się innym rejonom i za każdym razem wypadają autentycznie i intrygująco. Tak czy inaczej, kolejna kapitalna płyta tego niesamowitego zespołu.

Arek Lerch

Sześć