THE NATIONAL – Trouble Will Find Me (4AD/Sonic)

The National, choć z pozoru zespół to jakby nieco wycofany, szturmem zdobył serca fanów indie, pokazując jednocześnie, że ciężar emocjonalny jest zdecydowanie ważniejszy niż najbardziej przesterowana gitara. Szósty album tej formacji to dzieło, które tzw. rocka wprowadza do Luwru i czyni to zadziwiająco oszczędnymi acz wysmakowanymi środkami. Wszyscy chudzi chłopcy w wąskich spodniach i przydużych czapkach powinni zakochać się po uszy…

Paradoks płyty polega na tym, że te pozornie oszczędne i stonowane dźwięki kryją za sobą całą armię, którą zaangażowano w produkcję albumu. Obok podstawowej piątki, w nagrywaniu płyty brało udział aż 29 muzyków, zaś za techniczną stronę rejestracji odpowiedzialnych było „tylko” 13 osób. To robi wrażenie, właśnie dlatego, że same piosenki są bardzo „zwyczajne”. The National rozpina nową płytą pomost między surową, zimną klasyką a ciepłym, aksamitnym brzmieniem. I choć nadal słychać w tych piosenkach echa Joy Division, to zostały one potraktowane w sposób bardzo indywidualny, łagodzący i filtrujący ów depresyjny chłód, wiejący z nagrań curtisowej ekipy. Zespół dokonał podobnego zabiegu co The Editors na swoim najlepszym albumie „In This Light and on This Evening”, odarł mianowicie rockowe jestestwo z niepotrzebnego zgiełku, eksponując niskie częstotliwości i wokalne bogactwo muzyki. Dzięki temu uzyskał piorunujący efekt. Pozornie nie ma tu specjalnie przebojowych tematów, szczególnie w porównaniu z „High Violet”, jednak te piosenki mają moc przyciągania. Ciekawostką jest to, że sposobem interpretacji melodii zespół zbliża się do kultowych The Jesus And Mary Chain – trudno oprzeć się takim porównaniom słysząc genialną linię melodyczną „Demons”, zaśpiewaną charakterystycznie niskim, ciemnym głosem (porównanie do Cave’a także nie jest nie na miejscu). Mistrzostwo tych piosenek polega na tym, że są tylko pozornie banalne, prostolinijne. Wystarczy kilka sesji z albumem, by odkryć drugie dno, bogactwo faktur, pozornie nieistotnych, decydujących o wielkości płyty. To dzięki nim – jestem o tym przekonany – nawet za kilka lat, „Trouble…” będzie krążkiem atrakcyjnym, tak samo jak dzisiaj. Zespół celowo do minimum sprowadza frontalny atak gitarowy, wycofując go  na drugi plan, pozwalając grać innym instrumentom, doskonale balansując bogactwem dźwięków. Dzięki temu ani przez chwilę nie ma wrażenia przesytu, nadmiaru dźwięku. Wręcz przeciwnie, czasami album jest bardzo wyciszony, spokojny… i niesamowicie wręcz emocjonalny. Cóż, często artyści podkreślają, jak bardzo owe emocje są ważne w ich muzyce;  wielu z nich powinno udać się do The National na lekcję… Nade wszystko cieszy mnie, że mimo tych zabiegów studyjnych, udało się zachować wrażenie bezpretensjonalności, tego jakże miłego  „grania od niechcenia”.

Płyty takie jak „Trouble Will Find Me” nie zdarzają się zbyt często, dlatego cieszmy się, że nowa pozycja The National lśni, nie tylko na scenie indie, bo prawdę powiedziawszy, zespół wychodzi poza działeczki, będąc klasą samą w sobie. To płyta z gatunku tych, których możemy słuchać bez zobowiązań albo analizować każdy dźwięk po kolei. I niezależnie, którą opcję wybierzemy, radość będzie taka sama.

Arek Lerch

Sześć