THE NATIONAL – I Am Easy to Find (4AD/Sonic)

Trochę już minęło od premiery najnowszej płyty The National – w dzisiejszych czasach trzy miesiące to cała epoka. Kurz ekscytacji zdążył opaść, w międzyczasie wyszło pięćset innych sensacyjnych premier. Idzie jesień. Możemy już spokojnie obstawiać u bukmacherów, czy w końcoworocznych podsumowaniach „I Am Easy to Find” trafi do pierwszej trójki czy do pierwszej piątki na Metacritic, bo przecież wleci tam z rozdzielnika. A jak rzeczywiście ma się dziś jedyny zespół, który stoi okrakiem między Off Festivalem a Listą Przebojów Trójki?

Bartek Chaciński trafnie nazwał The National prymusami. To rzeczywiście są takie grzeczne dzieci, szóstkowi uczniowie o nienagannych manierach. Pani od polskiego docenia ich erudycję, psor od fizy – perfekcjonizm, a wuefista sprawność manualną. Dziś są zespołem wręcz irytująco idealnym, dopiętym pod szyję, aż ma się ochotę potargać tę nieznośnie równą zaczeskę i szarpnąć za krawacik. Komponują piękne piosenki, aranżują je na wysoki połysk, nie wpadają w coldplayowy banał, unikają też nieadekwatnego artrockowego napompowania. „I Am Easy to Find” zdradza jednak symptomy pierwszych wątpliwych decyzji. Dotychczasowa droga The National wiodła od chmurnej dekadencji wysokofunkcjonującego alkoholika, która sięgnęła perfekcji na „The Boxer”, do dostojnej, ciepłej melancholii, rozkwitającej na „Trouble Will Find Me” i „Sleep Well Beast”. „I Am Easy To Find” ucieka do przodu, chwytając się pomysłu, który na piśmie nie brzmi wcale tak źle: hej, zaprośmy koleżanki, niech nam pośpiewają. Otwarcie się na dopływ świeżej twórczej krwi jest potencjalnie ciekawsze niż kiszenie się w sosie przekonania o własnej zajebistości. Nawet jeśli, jak Matt Berninger, ma się powody do bycia z siebie zadowolonym. Problem w tym, że te featuringi są w dużej mierze pretekstowe i między innymi one po raz pierwszy budują wrażenie, że album The National jest zwyczajnie za długi. Album traci tempo w drugiej połowie, tak na wysokości „Not in Kansas” i rozwleczonego „So Far So Fast”. Numery meandrują, gubią myśl i rozlewają się w chórkach i zbędnych instrumentalnych pejzażach. Zarówno poszczególne piosenki, jak i całość brzmiałyby lepiej, gdyby było ich o kilka mniej, gdyby były bardziej zwarte i gdyby trzymały się intymnego klimatu, do którego dotąd zespołowi The National wystarczał sam zespół The National. I naprawdę nie każdy refren musi być dośpiewywany damskim głosem, ornamentyka w nadmiarze szkodzi. Skromność zaś popłaca, wszak wycofany emocjonalnie „Trouble Will Find Me” to opus mangum narodowców w wydaniu dojrzałym.The_National_Graham_Macindoe_2copy

Zdaję sobie sprawę, że z powyższej tyrady podprogowo wybrzmiewa marzenie, aby było jak wcześniej. Nie będzie, to jasne. Zespół rozkwita, ma ambicje, pomysły i możliwości, aby je realizować. Stali się takim Steely Dan z anegdoty Fenriza o wchodzeniu na wyższy poziom słuchania muzyki, czego symptomem miało być słuchanie „Aja”. A ja bym tylko nie chciał, aby The National stał się Gilmourowym Pink Floyd, bamboszowym graniem dla fanów DOBREJ MUZY, które podziwia się za formę. Szkoda by było, gdyby nerwica i stany depresyjne ustąpiły miejsca tkaniu tekstur dla audiofili. Wolałbym, aby emocjonalny ślad muzyki The National pozostawał niełatwy do odnalezienia.

Bartosz Cieślak

Trzy i pół