THE LAST TEN SECONDS OF LIFE – INVIVO(EXVIVO) (WorkHorse Music Group/Density Rec.)

Jeśli tak ma wyglądać moich ostatnich dziesięć sekund życia, to czym prędzej dobijcie mnie i dajcie odejść w niebyt. Bez przesady, ale nie pamiętam kiedy ostatni raz słyszałem tak wymęczony i kurewsko nudny materiał.

Mathcore, deathcore, sludge metal – wszystko to jak najbardziej lubię, ale w formie jednolitej, spójnej, nie będącej nieudolną kalką tuzów poszczególnych gatunków. Panowie mają co najmniej bardzo dobry warsztat, ale nijak nie potrafią go przekuć na konkretne utwory. Szkoda, bo mając w składzie tak dobrego perkusistę jakim jest Christian Fisher, powinni mnie oczarować swoim łomotem nie mniej niż ich krajanie z Dissipate.

Poza wybornym perkusistą, największym atutem zespołu jest krzykacz, który z pewnością sprawdziłby się w brutal death metalowej kapeli. Zresztą, niskimi wokalami (gutturale) ciągnie ten band właśnie w tę stronę, ale co z tego, skoro to, co proponują nam gitarzyści jest po prostu biedną, miałką, nudną i kompletnie asłuchalną papką. Boli mnie każdy jeden breakdown wychodzący spod palców gitarzystów The Last Ten Seconds of Life i uważam, że gdyby to był beatdown, albo niech będzie nawet ryjący mózg grindcore, może bym to „łyknął”. A tak, wolę posłuchać I Declare War, nie mówiąc już o Disfurging The Goddess i nawet dość wesoło i skocznie cofać się w rozwoju na rzecz blastów w tempach 260 i ostrych jak żyleta riffów…

Grzegorz „Chain” Pindor

jeden i pół