THE JESUS AND MARY CHAIN – Damage&Joy (Artifical Plastic)

Jest. Nowa. Premierowa. Oczekiwana. Płyta legendy szugejza, patronów gitarowego hałasu sprzed dekad, kwinesencji muzycznej arogancji i „tumiwisizmu”, czyli braci Reid skrywajacych się pod szyldem The Jesus and Mary Chain. Czy to dobrze? Właśnie… sami nie wiemy. Chociaż nie, są tacy co wiedzą i tacy co udają, że wiedzieć nie chcą. Problem z nową płytą Szkotów można streścić w jednym słowie – kontekst. Dla niektórych jest ważny, inni podchodzą do „Damage & Joy” kompletnie pomijając przeszłość i dlatego wychodzą z tej konfrontacji z uśmiechem. Gdzie leży prawda? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam. 

Łukasz: Arku, może cię zaskoczę, ale nie przepadam za indie rockiem. Niby to takie alternatywne, niezależne i ciekawe, ale koń jaki jest, każdy widzi. Ten wynalazek zawsze stał dla mnie w bolesnym rozkroku między zbuntowanym popem, a alternatywą, która gdzieś zmierza, ale nikt nie wie dokąd. Mimo tego, przepadam za The Jesus and Mary Chain. Lubię te ich wesołe melodie gęsto czerpiące ze złotych lat 60. Nowa płyta jest chyba moją ulubioną w ich dyskografii – zwyczajna do bólu, ale to właśnie ta zwyczajność stanowi jej wielki atut.

Arek: No, toś mi bratem. Ja też ją bardzo lubię, naprawdę! Jechałem dzisiaj do pracy rowerem i słuchałem „Damage&Joy” wesoło podrygując, uwierzysz?

Tak było

Tak było

Łukasz: Bo to jest właśnie esencja tej muzyki – żadne tam kontemplacje zblazowanych zgredów, tylko siła szczęścia i spokoju. Na rower, na spacer, do papierkowej roboty w sam raz.

Arek: Ha, ha, ha. No właśnie – esencja szczęścia zblazowanych dziadków. Faktycznie. Podoba mi się płyta, kiedy jestem w ruchu i kiedy nie myślę, jak nazywa się zespół. Kiedy chcę siły szczęścia i spokoju, zapodaję sobie Franz Ferdinand, kiedy chcę usłyszeć coś ekstra z wysp, zadaję ostatni, świetny album Suede czy poreaktywacyjny Blur. Wtedy słyszę dobrą muzykę, która została zrobiona z głową, pomysłem i spojrzeniem w siebie. W siebie, w swoje emocje a nie portfel. Problem z nowym TJAMC jest zawarty w jednym słowie – KONTEKST. Niestety, taki zespół nie może być rozpatrywany w oderwaniu od tego co było. To znaczy, może, oczywiście, ale w takim razie słuchanie tej płyty nie ma sensu, bo  w tym roku mam na scenie indie rockowej kilkadziesiąt płyt z podobnej szufladki, równie wesołych i bezpretensjonalnych. A TJAMC? Czuję ból pisząc te słowa, ale zespół, który wzniecił kurewską rewolucję, jest ojcem shoegaze, zapłodnił całe rzesze, tabuny wręcz zblazowanych rockersów z Wysp i nie tylko, zwyczajnie się zestarzał.  W życiu jest tak że jeden człek starzeje się, ale nie widać po nim postępującego czasu, zaś inny ma na twarzy wyżłobiony wiek. Tak jest właśnie z „Damage…”. To płyta, która ma wypisane na okładce: „jesteśmy starzy i zblazowani, a w kieszeni pusto, no to se gramy„…

Łukasz: I tu leży twój problem, Arku. Podchodzisz do „Damage & Joy” z niechęcią i rozczarowaniem, bo zespół uciekł do szuflady z napisem „easy-listening”. Ja uprzedzeń ani emocjonalnego stosunku do wcześniejszych materiałów The Jesus and Mary Chain nie mam. Fajne są te starsze krążki, ale dopiero przy „Damage & Joy” tupię nóżką. Tu zapętlony riff, tam nośny refren – bomba. Wsłuchaj się w „War on Peace” – złota retrospekcja Woodstock 1969 – zabawa, dzieci-kwiaty, kwas, czego chcieć więcej?

Arek: Cóż, tupanie nóżką jest fajne, ale żeby nie było, iż jestem psychofanem „Psychocandy”, powiem ci, że przecież najbardziej taneczną płytą, w dodatku nagraną z automatem perkusyjnym jest „Honey’s Dead”. Materiał, na którym potrafili połączyć blazę, psychodeliczne fascynacje, huk wzmacniaczy i niemal rave’owy puls! Można? Tymczasem nowy krążek jest zwyczajnie: po pierwsze oderwany od tego co robili na początku (pierwszy minus) i prozaicznie nierówny. Mówisz, że mam problem z tym, że zespół uciekł do szuflady z napisem „easy listening”. Ok, ale przecież oni potrafili połączyć jedno z drugim! Wspomniałem o „Honey’s…”, ale jest jeszcze równie udany „Automatic”. Oczywiście, ten zespół zawsze będzie kojarzył się z dziesięciominutowymi koncertami, aroganckimi młodziakami, podjudzającymi ludzi do robienia zadym i palonymi wzmacniaczami. Oni stworzyli coś, co stało się ich przekleństwem, a dzisiaj jest odkryciem nowego pokolenia! I właśnie to jest kontekst – nowa fala shoegaze, nu gaze itp, która pokazuje, że taką muzykę można zrobić na nowo, ponownie odczytać bez odcinania kuponów. Dlaczego zatem mam NIE oczekiwać od proroków, że znowu wysuną się do przodu? Po co nagrywa się płyty? Żeby przekroczyć granice, zrobić krok przed szereg. Tak to widzę, tymczasem The Jesus and Mary Chain, zespół, który uwielbiam za to co zrobił w muzyce, przez DZIESIĘĆ lat od momentu reaktywacji w 2007 roku miał kupę czasu, żeby rozejrzeć  się wokół siebie i powiedzieć:  pierdolcie się! Tak mogło być. A wiesz, jak było? Obudził się któregoś dnia William, poszedł do bankomatu, a tu nie ma pieniądza. Dzwoni więc do brata i mówi: kurde, dalej cię nienawidzę, ale mamona się skończyła. Jebnijmy płytę w końcu, żeby można było za co kupić kieliszek chleba. No i tak zrobili. Jasne, nie jestem głuchy, to autentycznie przyjemna muzyka. Jest parę dobrych piosenek, no i te głosy. Nie wiem, jak oni to robią, ale ich wokale nie zestarzały się ani o rok. W dodatku potrafią jednak zaskoczyć! Przecież taki „Simian Split” brzmi zachwycająco, jest bardzo dobrym kierunkiem, po co zatem upychać go na końcu płyty? Po co wpuszczać do studia jakieś dziewczyny, żeby nie wiedzieć czemu śpiewały zamiast gotować obiad? No, po co?TJAMC

Łukasz: Ojej, cóż za nerwy, cóż za emocje! Z powodzeniem mógłbyś zabrać się za pisanie dramatów turpistycznych. Niestety, mimo twojego niepowetowanego rozczarowania „Damage & Joy”, ja dalej nie odczuwam zachwytu wcześniejszymi albumami i odrazy nowym. „Honey’s Dead” to dla mnie właśnie taki pomost między hitami a bajaniem po kresach dziwactwa, ale nieco niepewny. Wiesz, gdzieś w oddali spadła deska, urwał się schodek, kto by chodził po takim czymś? Tak samo postrzegam poprzedniczki „Damage & Joy” – jakieś niezdecydowane, niby dobre, ale po uszy zanurzone w zasmuconej brei. Najnowsze wydawnictwo Szkotów jest od tego oderwane i bardzo dobrze. Wreszcie wydali świetny album, nie tylko niezły. Zanim kliknę Enter, to zapytam o te fajne rzeczy, które dostrzegłeś na tym krążku. Mamy przebojowość, to na pewno, a co jeszcze?

Arek: Nie, nie jestem nerwowy. Piszę emocjonalnie bo emocje wzbudza we mnie zespół. Może to sentyment, bo przecież – z racji wieku – pamiętam, jak w Bielsku – Białej kupowałem piracką kasetę „Psychocandy” i jak próbowałem zrozumieć tę muzykę. Ech, no ale do rzeczy. Wiesz co ostatnio przeczytałem w recenzji tej płyty? Nieważne, gdzie. Otóż dziennikarz napisał, że zespół pewnie wierzy, że nagrał rzecz  bardzo dobrą, dlatego, mimo, że nie jest to bardzo dobra płyta, ów dziennikarz usilnie stara sie w to wierzyć, tak jak zespół. I to jest dla mnie tragiczne. Właśnie od takiego zespołu jak TJAMC oczekuję czegoś co zdmuchnie mnie tak samo jak gdzieś pod koniec lat 80. sponiewierał ich debiut. Naprawdę uważasz, że to dobre podejście: „nie myślę o tym co było, dlatego uważam, że jest fajnie„? Jeśli przyjąć takie myślenie za aksjomat, to powinniśmy padać na kolana przed każdą nową płytą weteranów, niezależnie o jakiej muzyce mówimy. Może wynika to z faktu, że jak sam stwierdziłeś, indie nie wzbudza w tobie jakichś większych emocji? A odpowiadając na pytanie; może zaczniemy od najgorszych rzeczy: żeńskie wokale, przeklęty automat perkusyjny i  „średniość kompozycji”. Takich, które są „fajne”, „melodyjne”, „taneczne”. Disco polo też takie jest. A co mi się podoba? „Facing up to the Facts” fajnie buczy, o „Simian…” wspominałem, jest jeszcze całkiem niezły, choć akustyczny „War on Peace” (niepotrzebnie spierdolony szybką końcówką z ciulato zaprogramowanym automatem…), „Los Feliz”. Ze dwie fajne melodie i ciągle „młode” głosy. Jak widzisz, doceniam wiele rzeczy, problem w tym, że jako całość ta płyta nie wybiła mi zębów, A NA TO CZEKAŁEM!!!  Bo tak być powinno. Liczyłem, że weterani pokażą młodym, jak się gra szugejz i spowodują, że wszystkim opadną gacie. A tak jest po prostu cieplutko, milutko, recenzenci będą się wić, żeby jakoś wyjść z twarzą, pisząc, że jest „fajnie”, a płyta za parę m-cy pokryje się kurzem na sklepowych półkach. Po prostu: NIE WYKORZYSTALI SZANSY, JAKĄ DOSTALI OD LOSU…

Łukasz: Pozwól, że tę zwyczajność przełożę na bliższy naszym czytelnikom: Faith No More. Popatrz, od zawsze rewolucyjni, wpływowi, oryginalni, a dwa lata temu wyskoczyli z „Sol Invictus”, albumem zwykłym aż do bólu. I co z tego? Fajne to piosenki i tyle, może niczego nie wnoszą, ale słucham ich z bananem na twarzy. Ah, unormujmy jedną rzecz: ja nie padam na twarz przed „Damage & Joy”. To jest obiektywnie bardzo fajna płyta. Tyle.

Arek: Faith No More nigdy rewolucji jak TJAMC nie zrobili. Dlatego dla mnie nigdy nie byli zespołem, od którego czegoś konkretnego oczekiwałem. Rewolucję robił sam dla siebie Patton. Ja też będę traktował „Damage…” jako „fajną” płytę. Cały czas mając nadzieję, że przez jakiś niewytłumaczalny zbieg okoliczności bracia Reid jeszcze kiedyś wybiją mi zęby. Wiem, jest to naiwne, ale nie mogę pogodzić się z tym, że ta płyta jest, powiedzmy to wreszcie uczciwie: przeciętna. Jak setki podobnych produkcji. Nie tak miało być.Live

Łukasz: A ja nie miałem żadnych oczekiwań i dostałem fajny album. Tylko fajny i aż fajny. Dla mnie aż. Zaraz sobie włączę i pomyślę o twoich wypowiedziach pełnych bólu i zawodu. Albo nie, przecież to taka wesoła płyta, pięknie koresponduje z pogodą za oknem.

Arek: Może nie bólu, ale zawodu – faktycznie. Cały czas bardzo osobiście podchodzę do muzyki. Jestem naiwny i wierzę, że muzycy myślą o tym tak jak ja – że chcą przeskoczyć poprzeczkę. A oni, zamiast ją przeskoczyć, zdjęli i przeszli swobodnym, luźnym krokiem. Wolałbym, żeby zniszczyli bieżnię, połamali poprzeczkę a na koniec spalili zaplecze klubu. Jakoś mi niewygodnie, kiedy bracia Reid uśmiechają się do mnie melancholijnie. Nie chcę się tak zestarzeć.

Łukasz: To podsumujmy: mnie zawartość „Damage & Joy” mile łechce, ciebie boleśnie smaga. Liczysz, że to się zmieni na przestrzeni miesięcy bądź lat?

Arek: Trudne pytanie… Nie wiem, autentycznie. Na razie robię sobie wolne i wrócę do „Damage…” za jakiś czas. Może wtedy, będzie jedno wielkie „o k…!”. Kto wie. Choć raczej jest to scenariusz mało prawdopodobny. Rewolucjoniści wloką się w ogonie peletonu.

Próbowali się wzajemnie przekonać Łukasz Brzozowski i Arek Lerch