THE HOLY – Daughter (Playground Music)

Co roku portal Beehy.pe publikuje listy najciekawszych płyt z mniej lub bardziej nieoczywistych muzycznie krajów całego świata. Oczywiście nie znajdziemy tam USA czy Wielkiej Brytanii – ale już Pakistan, Dominikanę, Tajlandię czy Białoruś jak najbardziej. W polskim rankingu, bo takowy też został stworzony, pierwsze miejsce zajął Pejzaż, wyprzedzając m.in. Zaumne, Lonker See czy Syny. Do powstania listy przyczyniło się 32 znamienitych dziennikarzy i dziennikarek muzycznych, m.in. Bartek Chaciński, Jarek Szubrycht, Dominika Klimek czy Rafał Samborski. Trudno mi powiedzieć, czy każdy ranking jest równie sensowny co nasz, ale Beehy.pe może być świetnym miejscem do wynajdowania perełek, które na codzień umykają uwadze. I taką właśnie perełką jest dla mnie fiński zespół The Holy.

Zespół, na który w żaden inny sposób zapewne bym nie trafił. Próżno szukać recenzji ich najnowszego dzieła, „Daughter” na największych portalach, generalnie jeśli chodzi o anglojęzyczny Internet, teksty na temat The Holy można policzyć na palcach dwóch rąk. No więc nie są szczególnie popularni, chociaż fiński dziennikarz Erkko Lehtinen nazwał ich debiutancki krążek jednym z lepszych albumów indie rockowych na tamtejszej scenie w ostatnich latach. I rzeczywiście The Holy brzmią bardzo ciekawie. Słuchając „Daughter” ma się wrażenie, że nadal szukają „swoich dźwięków”. To jednak nie przeszkadza w odbiorze, a wręcz czyni tę muzykę bardziej intrygującą. Z jednej strony mamy tu potężną sekcję rytmiczną (bardzo nie indierockową) na dwie perkusje, hałaśliwe, przesterowane gitary, a z drugiej bardzo rozjechaną, oniryczną atmosferę. Melodie są, choć nieprędko wpadają w ucho, bywają nieoczywiste. Całość oparta jest na przybrudzonym post punku, ale gdzieniegdzie słychać też shoegaze, post rock czy dream pop.Holy

No i nie sposób nie wspomnieć o transie. Już kawałek otwierający album, „Land Before Time” oparty jest na jednostajnym riffie współbrzmiącym z jednostajną sekcją rytmiczną – potem trans przybiera inne postaci, ale generalnie piosenki rozwijają się mozolnie, bez nagłych zwrotów akcji – chociaż bardzo fajne są momenty, w których zespół nieco zwalnia, jak gdyby wychodzi ze struktury utworu i pozwala sobie na noisowe, zgrzytliwe zagrywki, jak choćby w „Obi Bate Opiate”. Takich smaczków jest na krążku więcej. Warto przesłuchać, ale warto też odwiedzić Beehy.pe i poszukać kolejnych perełek, poszerzając przy tym swoją wiedzę o  macedońskiej/urugwajskiej/bułgarskiej/jakiejkolwiek scenie muzycznej.

Paweł Drabarek

Cztery i pół