THE HAARP MACHINE – Disclosure (Sumerian Records)

Żaden prog metalowy album w tym roku nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak debiut The Haarp Machine. Grupa z Londynu zaprezentowała coś, co kasuje nie tylko tegoroczne wydawnictwa Monuments, The Faceless czy Skyharbor, ale wszystko to, czym w ogóle brzydko mówiąc jarałem się w przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy.

Kwartet z Londynu pod wodzą charyzmatycznego wirtuoza gitary  sprokurował dzieło, którego powinni zazdrościć nie mniej utalentowani (i zasłużeni dla sceny) koledzy. „Disclosure” to niezwykle dojrzała, ambitna podróż po wszystkim co w (death) metalu najlepsze, a biorąc pod uwagę orientalne motywy (brawa dla  Al.’a Mu’min’a za grę na cytrze i koto) również w tym co z metalem nie ma nic wspólnego (a co kojarzy się z Cynic i Aeon Spoke).

Maniacy stricte gitarowych popisów (sola, sweepy, HARMONIE!) będą w raju, ale to, a raczej kto stanowi o sile The Haarp Machine, to znany głównie z death metalowych zespołów frontman Michael Semesky , który, ku mojemu zaskoczeniu (a co jest rezultatem przygody z metalcorem), potrafi równie dobrze czysto śpiewać co ryknąć (bądź growlować na wdechu). Atutem wokalisty The Haarp Machine jest jeszcze jedna rzecz, przeważnie niespotykana w śmierć metalowych projektach, bo jak dobrze wszyscy wiemy, mało który zespół decyduje się na istotne i ważkie tematy w tekstach (a o pełnych konceptach już nie wspominając). Nowy nabytek Sumerian Records w tej materii mocno odstaje od reszty i historie opowiadane przez Michaela mają faktyczny związek z rzeczywistością. Tak więc, tym razem bez oklepanej miłości, śmierci samej w sobie i gore’owych opisów, za to z naciskiem na stan ludzkości jako rasy i jej kondycji psychofizycznej.Intrygujące historie uzupełnia sama muzyka, często napędzana blastem, ale na swój sposób płynąca z określonym groove. Zresztą, wystarczy posłuchać genialnego „From Vanity To Utility” by przekonać się o niezwykle plastycznym charakterze dźwięków zespołu z Londynu. Przejście z metalowej młócki do stonowanej części z partiami fortepianu za każdym razem szokuje mnie równie mocno jak za pierwszym, dziewiczym odsłuchem.

Nie ma co się więcej rozpisywać, trzeba słuchać.

Grzegorz „Chain” Pindor