THE FREUDERS – 7/7 (Fonografika)

Sami o sobie mówią, że są frywolni i taka ponoć jest też muzyka The Freuders. Kwartetu, który dorobił się dużej a nawet bardzo dużej, podwójnej płyty, jednak nie ilością dźwięków mnie zaintrygował, ale – no właśnie – kapryśnym podejściem do materii muzycznej, skakaniem z kwiatka na kwiatek, bo zróżnicowanie stylistyczne jest na 7/7 całkiem spore. Debiut przygotowany pieczołowicie, choć czasami gdzieś tam pojawia się pytanie, czy podwójna płyta jest w tym przypadku katapultą, czy balastem.

Najważniejsza jest tu, rzecz jasna, pierwsza część materiału, czyli pakiet siedmiu piosenek, które pokazują The Freuders jako ciekawy, pełen polotu projekt, mieszczący się w ramach dość szerokiego pojęcia „rock alternatywny”. W tych ramach muzycy przyglądają się różnym gatunkom i podkradają z nich cegiełki, z których układają swoją opowieść. Nie jest to jednoznaczna gawęda, ale raczej taki paczłork, z którego wyłania się wizja artystów. Zastanawiałem się przez moment, czy mogę sobie pozwolić na przyczepienie jakiejś łatki i wychodzi na to, że raczej nie. W zasadzie jest to po prostu ROCK. W tej szufladce zespół mieści się całkiem swobodnie i choć może być to dla nich zbyt ogólne określenie, nie widzę innej możliwości. Muzyka sama to wyjaśnia. Bo mamy tu i ukłon w stronę motoryki Tool (mocne wejście w postaci „Never Talk to Strangers”), jest nowofalowe zimno w „Jane Doe” czy niemal queens’owo – garażowy rock w „7 Sins”. Zagrane to wszytko jest ciekawie, bez sztampowych rozwiązań, ze szczególnym naciskiem na gitarzystę, który w fajny sposób unika typowych, riffowych podkładów, szczyt osiągając w „Shitty Ending”, gdzie „pijana” gitara tworzy świetny, obsesyjno rozchwiany klimat, zbliżając się lekko do tego, co możemy usłyszeć chociażby na płytach The National. A skoro pada ta nazwa, trudno uniknąć też kolejnej – czyli „indie”. Do takiego miejsca zespół zbliża się chociażby w świetnym, nieco mrocznym „Rosemary’s Baby”, czy leciutko funkowym „Faray”. Może jedynie „Against” jet nieco… zwyczajny i można było pominąć ten utwór. W każdym razie, unikając banału i wykorzystując swoje możliwości, zespół pokazuje się od jak najlepszej strony. I tutaj pojawia się druga (bonusowa?) płyta, ponownie z siedmioma kompozycjami, które ujawniają zupełnie inne oblicze The Freuders. W założeniu miał to być krążek eksperymentalny, pokazujący zespół rozprawiający się z dźwiękami w niemal improwizowany sposób. Nagrany jako luźny ciąg świadomości, z liniowym prowadzeniem utworów, materiał jest ciekawy, ze szczególnym naciskiem na dwie części „Anamnesis”. Muzyka The Freuders zaczyna ostro skręcać w stronę post rocka, pojawiają się urozmaicone brzmienia, zespół skupia się na koloryzowaniu i budowaniu nastroju. Płyta jest dużym zaskoczeniem, bo pokazuje potencjał grupy, dobrze odnajdującej się w różnych rolach. Mam jedynie problem z tym, czy dobrze zrobiono dzieląc te materiały; zrobiłem zresztą mały eksperyment – wywaliłem ze dwa numery z pierwszej płyty i wstawiłem w to miejsce wspomniane części „Anamnesis”, dodając jeszcze jeden song z „dwójki”. I taki miks spowodował, że nagle taka mieszanka zyskała na wyrazistości. Ale oczywiście, to tylko moja wizja. Artyści chcieli oddzielić  „loty” od piosenek i takie mają prawo. Na pewno jest to fajny punkt wyjścia do zabaw muzyką podczas koncertów. 12019174_1207810169235204_398982255_o

Pozostaje pytanie, jak w zasadzie ocenić ten krążek. Na dzisiejszej, rockowej scenie dominują różne odłamy alternatywy a The Freuders w zasadzie do żadnego z nich nie pasują. Są zbyt weseli dla wyznawców dark indie, grają zbyt lekko, by zainteresować miłośników mocniejszego riffu, stronią także od zbyt dojechanych rzeczy, a tym samym nie będą atrakcyjni dla „drone’owej inteligencji”. Słowem – co z wami, Panowie zrobić? Całe szczęście, że dzisiaj, ta często przeze mnie podnoszona kwestia „szarej, muzycznej strefy”, gdzie dryfowały alternatywne zespoły niczyje, w zasadzie już nie istnieje i nawet wymykający się szufladkom The Freuders ma tu swoje miejsce. Co cieszy, bo patrząc na determinację i możliwości tego zespołu, spodziewam się, że nie jest to ich ostatnie słowo. Na razie z czystym sumieniem polecam płytę i tym co lubią proste, fajne alternatywne piosenki, jak i całej reszcie awangardowych zarozumialców.

Arek Lerch

Cztery i pół