THE DOG – The Devil Comes At Night (Every Day Hate Records)

O wrocławskim The Dog powinienem pisać jak o objawieniu naszej sceny, jako najbrutalniejszej, wściekłej odpowiedzi na coraz bardziej plastikowe produkcje i zbyt ochocze zerkanie w stronę metalowego, nierzadko technicznego grania. Pies, brudny i wściekły łoi zatem bezpardonowy hardcore na grind/crustowych podwalinach, a najprościej rzecz ujmując, anno domini 2016, jest polską dumą niszczącą narządy słuchu w stylu legendarnych Dropdead czy Negative Approach. A jakby było tego mało, to pewnie kochają sensację ostatnich lat, mocarzy z The Flex i pewnie niejedno od nich podpatrzyli.

Najnowszy, trzeci materiał w dorobku grupy w żadnym wypadku nie oznacza rozwoju, nabrania dojrzałości czy dopieszczenia kompozycji. The Dog obrali sobie za cel tylko jedno: niszczyć, a to wychodzi im najlepiej w krótkich, opętańczo szybkich numerach. Tych na piętnaście jest aż 95% i nie ukrywam, że sześciominutowe „I Skip The Evening Prayer” burzy typowo koncertowy charakter tego albumu. Niby dobrze, że wrocławianie potrafią przyjebać nie tylko łamiąc (sobie) karki, ale ten, no, nazwijmy to walcowaty oddech (wygar?), burzy misternie budowaną atmosferę ogólnej gehenny. Swoją drogą, ten numer to chyba najbardziej rdzennie hardcore’owa kompozycja (SIC!) z całego krążka, i gdyby za parę lat odechciało im się perkusyjnych kanonad, rad byłbym gdyby pies stał się takim trochę ociężałym ogarem. Nadal wkurwionym, ale atakującym w sposób przemyślany, punktowy, jak na rasowego niszczyciela przystało. Jak na razie nie zapowiada się aby ten band spuścił z tonu i chwała im za to, bo jeśli ktoś ma rozstawiać młodzież po kątach, to Deszcz i bohaterowie niniejszej laurki.4

Czy panowie zasługują na jakąkolwiek naganę? Na moje, to jedynie za brak promocji na szerszą skalę, ale to zrzućmy na karb (potencjalnych i obecnych) wydawców. Z drugiej strony, The Dog reprezentuje absolutnie wszystko co niszowe – od brzmienia, postawy „fuck off and die” aż po koncerty w najbardziej zaskakujących miejscach. Gdyby rzeczywiście się do czegoś przyjebać, to że dwadzieścia minut z Devil Comes At Night mija zdecydowanie za szybko. Zaraz ktoś odpowie, że przecież nagrali piętnaście numerów, a to więcej niż przeciętna krajowa. Zgoda, ale dobrego nigdy za wiele, dlatego po cichu liczę na to, że grupa podtrzyma dotychczasowe tempo prac nad nowymi rzeczami i nie każe długo czekać na kolejny cios prosto z Breslau.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół