THE ARMED – Only Love (Throatruiner/No Rest Until Ruin)

Nie miałem łatwej przeprawy z „Only Love”, tak samo jak dwa czy trzy lata temu było mi całkiem pod górkę z „Untitled”. Podobnie jednak jak wtedy, w końcu podałem sobie rękę z The Armed i tym razem wreszcie chyba zaakceptowałem ten zespół z całym swoim anturażem. Ta pochodząca z Detroit banda niekoniecznie reprezentuje sobą to, czego bym szukał w muzyce, ale ostatecznie są w stanie sprawić, że razem z nimi podśpiewuje pod nosem, że „Everything dies!”. Niewątpliwie trudno się z tym nie zgodzić, podobnie jak trudno jest „Only Love” najzwyczajniej nie docenić. Pozornie pełna wszystkiego, to płyta zaskakująco trzymająca się kupy, może nie tyle wyznaczająca nowy kierunek, co będąca wyrazem trendu, że w dzisiejszych czasach punk jednak wcale nie gryzie się z hipsterskimi ciuchami i jabłuszkiem na telefonie.  

Słuchając „Only Love” można pokusić się o stwierdzenie, że termin „hardcore” jest dla nich zbyt ciasny i ograniczający, jednak z drugiej strony wciąż całkiem nieźle oddaje on naturę muzyki The Armed. Drugi album amerykańskiej grupy brzmi trochę tak, jakby Converge zdecydowali się nawet nie tyle złagodzić swoje oblicze, co nadać mu wręcz popowego charakteru. Porównania z twórcami „Jane Doe” nie są bezpodstawne – w końcu po raz kolejny za brzmienie albumu odpowiada Kurt Ballou, a do tego za perkusją pojawia się Ben Koller. A wspomniany pop… Ten objawia się, wiadomo, w melodiach, które jednak o dziwo zazwyczaj nie gryzą się szczególnie z pełnymi chaosu i wściekłości, typowo hardcore’owymi atakami. Całkiem nieźle współgrają też z brudnym soundem „Only Love”, choć muszę przyznać, że The Armed znacznie bardziej podobają mi się wtedy, gdy zamiast melodyjnych refrenów stawiają na klasyczny wpierdol. Tak dzieje się chociażby w bardzo udanym, otwierającym „Witness”, który notabene (obok równie świetnego „Fortune’s Daughter”) stanowi chyba jeden z najmocniejszych punktów albumu. Zdarza się, że The Armed – tak jak w „Ultraglass” – zanurzają się w coś bliższego na przykład Pissed Jeans. Zasadniczo jednak, nawet oddalając się od stricte hardcore’owych korzeni, zespół nie traci choćby na moment punkowego, buntowniczego ducha, stawiając na pierwszym miejscu przede wszystkim hałas. Z pewnością ciekawe są wszystkie zabawy elektroniką, która momentami – zwłaszcza w „On Jupiter” – przejmuje niemal palmę pierwszeństwa, sprawiając, że nowoczesny sound The Armed nabiera wręcz cybergrindowego charakteru. Wciąż jednak na pierwszym miejscu jest noise – nawet wtedy, gdy Amerykanie hamują swoją muzykę niemal do zera, wciąż jest głośno, brudno i jakoś tak niedbale.THE ARMED BAND

The Armed nie grają może muzyki, w której szczególnie bym gustował; zasadniczo większość nowocześniejszych odmian hardcore’a bardziej mnie odrzuca niż ciekawi, niemniej nawet taki głuchy cymbał jak ja musi docenić szeroką paletę pomysłów, jaką dysponuje ta banda. Bez wątpienia umieją napierdalać, umieją krzyczeć, mają też niezły zmysł do melodii i fajnie sklejają aranżacje. Co prawda w drugiej połowie krążka napięcie jakby nieco siada, a punkowy wkurw coraz częściej ustępuje pola melodiom, The Armed to wciąż zespół… Nie no, nie ekstremalny, ale na pewno głośny i wyzywający. Nawet, jeśli czasem ich wersja hardcore’a staje się zbyt optymistyczna czy wręcz imprezowa, to wciąż hardcore pełen nihilistycznych haseł. Czy tego chcę, czy nie, „Only Love” to punk A.D. 2018 i pozostaje mi się tylko z tym pogodzić.

Michał Fryga

Cztery