THE AFGHAN WHIGS – Do To The Beast (Sub Pop)

Był czas, kiedy nazwa Sub Pop wywoływała drżenie kolan. Był też czas, kiedy The Afghan Whigs robili furorę, jednak, czy dzisiaj mają znowu szansę, żeby zabłysnąć? Na razie powracają triumfalnie z nową porcją przez spore grono wyczekiwanej muzyki i po raz kolejny udowadniają, że są mistrzami w łączeniu rockowego uderzenia z prawdziwie soulowym duchem. Czyli – Greg Dulli nadal w siodle.

Skoro już we wstępie powiało sentymentalizmem, będę nadal brnął w tę stronę. Miał The Afghan Whigs swoją polską odsłonę w postaci licencyjnych – jednych z pierwszych na rynku – kaset, wydawanych przez poznański magazyn Outside. W ten oto sposób dowiedziałem się o istnieniu takich płyt jak „Up In It” czy „Congregation”. Potem wytwórnia i pismo Outside przestało dla mnie istnieć (tzn. zaczęli wydawać techno bzdety…) a i sam zespół na długi czas zniknął mi z oczu, skierowanych bardziej w stronę sceny metalowej. Grupa wydała jeszcze trzy płyty (ostatnia, całkiem niezła „1965” pochodzi z 98 roku) i od 2001 zaliczyła wieloletnią hibernację, przerwaną jedynie nieudaną próbą powrotu w 2006 roku. W końcu jednak się udało i z nowym (choć już wypróbowanym w innych konfiguracjach, chociażby The Twilight Singers czy podczas solowych wyczynów lidera The Afghan Whigs…) składem Dulli postanowił jeszcze raz spróbować pod starym szyldem. Czy udanie?

Sama formuła nadal wydaje się być bardzo atrakcyjna, jednak traktuję płytę jako delikatną próbę sondowania aktualnej sytuacji na scenie, stąd też duży rozstrzał stylistyczny. Najlepsze są te mocniejsze, rockowe uderzenia. Tak jak otwierający płytę „Parked Outside” z twardym, bluesowym podziałem rytmicznym i ostrą partią gitary. Podobnie intensywnie, żarliwie wręcz brzmi „Algiers” i dynamiczny „Royal Cream”. Jednak im bardziej w las tym przestrzenniej się robi; słychać, że zespół to nie młodzi, znerwicowani i spragnieni sukcesu muzykanci, ale starzy wyjadacze. Nie boją się zatem całkiem często korzystać z elektroniki, która fajnie wyściela niektóre kompozycje (chociażby leciutko funkowy „Matamoros”…), nie boją się lirycznego klimatu i ponuractwa – tu prym wiedzie rewelacyjny, zagrany w klimacie pieśni żałobnej „Lost In The Woods” a już zupełnie soulowo i płaczliwie robi się w „It Kills”. Czasami zespół bawi się w niecodzienne zestawienia i nastrojowe, klimatyczne kompozycje przyozdabia nie do końca pasującym, tanecznym groovem („Can Rova”) a w innym miejscu chce zabrzmieć jak Sting. Nie przeszkadzają te wszystkie smaczki i ukłony, bo płyta – może poza malutkimi wyjątkami – brzmi całkiem spójnie i do rzeczy. Nie wiem czy tak sobie wyobrażałem powrót The Afghan Whigs, ale też nie przeżyłem rozczarowania.The Afghan Whigs BAND

Trudno uznać powrót ekipy Dullego za wydarzenie pełne fajerwerków, jednak cieszę się, że zespół nie dał przysłowiowej dupy i nagrał materiał atrakcyjny i czujny, dzięki czemu, nawet jeśli podchodzi się do niego z lekkim dystansem, zawodu nie ma. Im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej się do niej przekonuję. Może wywaliłbym z jeden kawałek, a może taka całość miała właśnie powstać? Na dzień dzisiejszy można uznać, że płytowy debiut po latach wyszedł mieszkańcom Cincinnati bardzo dobrze a mnie zmusił do sięgnięcia po ich starsze, nieco już zakurzone nagrania.

Arek Lerch

Cztery i pół