TERRIFIC SUNDAY – Strangers, Lovers (Sony Music)

Mam niemal 100% pewność, że gdyby zespół zamiast w Poznaniu powstał w Londynie, dzisiaj NME umierałby z zachwytów nad kolejną, wyspiarską gwiazdą. Może byłaby to krótka kariera, ale za to pełna przygód. W Polsce kariera będzie długa (jeśli będą mieli odpowiednią ilość samozaparcia…), za to bez pewności co do finału. Obym się mylił. Z lekko narcystyczną nutką dokonałem tym samym autocytatu, w słowach zamykających recenzję ep-ki „Tonight” zespołu Terrific Sunday, któremu prorokowałem karierę. I oto mamy pierwszy, namacalny dowód tejże. Debiutancki album.

Nie będę się specjalnie patyczkował, bo duża płyta to już matura przecież; akcje promocyjne w stylu „akustyczny występ w windzie” (taki sobie…) czy równie „akustyczne brzdąkanie w DDTVN” są dla mnie słabe i pasują raczej artystkom wyrwanym z masbidemjuzik a nie rockowym arogantom, jakimi przecież powinni być panowie z Terrific Sunday. Całe szczęście, że jest w tym element komedii pt. „podrygująca prowadząca tefałenowski program” Ciekawe, czy podskakiwać kazał jej głos w słuchawce wsadzonej do ucha? Ok, dość złośliwości, czas przejść do faktów.

Debiut. Nagrania w Custom 34. Produkcja Marcina Borsa. Teledysk w Barcelonie, gdzie wyskoczył Boniek. Jest wszystko, jest komfort, ale też zapewne i duże oczekiwania, presja, która różnie na muzykantów działa. Podchodziłem zatem do płyty raczej ostrożnie, mając w pamięci świetną ep-kę i raczej dość komercyjne kawałki wybrane do promocji. Oswajanie z krążkiem trwało jakiś czas i nie była to jakaś tam miłość od pierwszego wejrzenia. Ostrożnie formułując wnioski, uznaję jednak, że zespół w tej sytuacji obronił się całkiem nieźle. Oczywiście, dzisiaj to już nieco inny band – garnięty, uczesany i wyprodukowany. Momentami mam wręcz wrażenie, że nieco zbyt „wyprodukowany” bo słuchając debiutu czuję, że za bardzo tu myślano, kombinowano nad ogólnym wizerunkiem brzmieniowym, rezygnując ze spontaniczności. Z drugiej strony – miałem w swojej dziennikarskiej historii kilka przykładów dużo większego „spierdolenia wykonawcy” przez duży kontrakt, a muzycy Terrific Sunday byli w sumie ukształtowanym zespołem, którego szkoda byłoby zbytnio formatować. Kierunek został zatem zachowany, mam też wrażenie, że i sam Marcin Bors nie dokonał tu jakiegoś specjalnego przemeblowania, skupiając się raczej na „podmodelowaniu” tego, co muzycy wymyślili. „Starngers, Lovers” to na pewno spokojniejsze, niezbyt nerwowe i raczej skłaniające się ku psychodelii a nie łojeniu, oblicze poznańskiego zespołu. Wprawdzie wiem, że były próby przekonania muzyków do języka polskiego, ale w większości przypadków prowadzenie wytwórni i producenta jest tu na tyle dyskretne, że mogę uznać płytę za prawie autorskie dzieło czterech młodych muzyków.IMG_1131

Na początek – co mi się ewidentnie nie podoba. Okładka. Rozumiem ideę, ale prywatnie nigdy nie lubiłem takich rozwiązań. Czuję w tym trochę pójście na łatwiznę, ale… ok, to tylko opakowanie. Kolejna rzecz to te spokojniejsze fragmenty płyty, np. „Coda” czy „Streets of Love”, które są w moim odczuciu próbą sondowania, jak daleko można się posunąć w łagodzeniu muzycznego oblicza. Na szczęście, w pozostałych piosenkach zespół zachował zarówno świeżość jak i przyjemny pazur w postaci mocno tanecznego pulsu, zatem dokładnie to, za co bardzo ich lubiłem. Jest w tym ciutkę gibnięcia a la Franz Ferdinand w „Get Lost” czy „Bombs Away”, przyjemny aksamit w „Frenulum” a nawet retro – ukłon w „Wallpapers”. Najlepiej wypada początek płyty – w „Another Slowly Lewaves”, „Sold My Soul” czy „Petty Fame” mamy wszystko, za co można ten zespół polubić – zadziorne gitary, szczypta łobuzerskiej „wyspiarni” a nawet „foalsowe” gitarki, choć to porównanie dość luźne. W tych numerach Terrific Sunday jest dokładnie taki, jak sobie wymarzyłem – melodyjny, dobrze zaaranżowany i nie przegadany, idealny na energetyczny i zadziorny gig. No i rozwijający wątki z ep-ki „Tonight”, czasem wręcz dosłownie, bo znajdziemy tu wypucowaną i znaną już wersję utworu „In My Arms”. Zaskakujące jest za to podobieństwo „Days Go By” do późnego U2, choć nie mnie wyrokować czy to dobrze czy źle.

Pozostaje jedynie pytanie, czy „Strangers, Lovers” spełnia nadzieje, jakie pokładałem w zespole po wydaniu „Tonight”. Biorę pod uwagę, że grupa znajduje się w specyficznej sytuacji – wskakując na głęboką wodę biznesu trudno uniknąć pewnych nacisków i „sugestii”, na szczęście, na debiucie więcej jest Terrific Sunday niż Sony Music, co cieszy i pozwala mieć nadzieję, że mamy do czynienia z zespołem, który pozostanie z nami na dłużej. Zatem – podoba się? Oczywiście, że się podoba. Skomponowanie bezpretensjonalnych, melodyjnych i zmuszających do zabawy piosenek to sztuka, która nie każdemu jest dana, a Terrific Sunday niewątpliwie są zespołem bardzo utalentowanym i ambitnym. A nawet aroganckim, choć na wyrzucanie telewizorów z pokoi hotelowych przyjdzie jeszcze czas. Egzamin w każdym razie zdany.

Arek Lerch

Pięć