TELLUSIAN – Collision (Pillowscars)

Gdy pojawienie się albumu łączy się ze zmartwychwstaniem, sprawa przybiera niezwykle podniosły charakter. Nie jest to byle jakie zmartwychwstanie, bo wiąże się ponownym zrzeszeniem części niezwykłego zespołu, praktykującego przed laty progresywne podejście do grindcore’a. Mowa o szwedzkim Crowpath. Ponowna chęć tworzenia zaowocowała już w 2010 świetną ep-ką, czyli chwilę po rozpadzie. Nie mogło obyć się bez drobnych zmian w składzie, także nazwa musiała ulec modyfikacji. Jednak na szczęście żaden z tych czynników nie przyczynia się do pogorszenia jakości tworzenia niekonwencjonalnego dzieła. Teraz przychodzi czas na pierwszy longplay. Panie i Panowie, Tellusian – Collision, by szaleństwo ponownie mogło zainfekować audio-odbiorniki.

Na pierwszy rzut ucha słychać, że zamiast chaotycznego rozgardiaszu mamy dopieszczony i wyrazisty dźwięk, grindcore’owa chropowatość ustąpiła miejsca progresywnym zapędom. Wydaje mi się, że tym samym Tellusian obiera dobry kierunek, zarówno dla formy swego unikatowego charakteru jak i spraszając oczekiwania miłośnikom Crowpath (co do niepowielania dawnego rzemiosła). Wyraźnie dzięki temu zostaje oddzielona granica między przeszłością, a teraźniejszością.Tellusian Band

25 minut materiału to skondensowany progresive wysokich lotów, opatrzony niekiedy sludge’owym klimatem i przede wszystkim grindcore’ową wściekłością. Melodie nie opuszczają nas na krok, a przełożone na niezwykle skomplikowane struktury należycie rozbudzają motorykę utworów. Nie oznacza to, że zabrakło miejsca na tłusty blastbeat, bo i jego jest pod dostatkiem. Wszystko przekazywane jest w szybkim tempie, nie ma dłuższych chwil na zastanawianie się, toteż przebijamy się przez materiał bez większych utrudnień. Postarano się też by przez wykorzystanie różnorodnych technik muzycznej ekspresji słuchacz nie miał miejsca na jakiekolwiek narzekanie. Takie „Idiotens Dilemma” to popis melodyjnych wariacji i opanowanej delikatności, natomiast „Wolf in Sheep’s Medicine” to zajrzenie do kart historii i przywołanie do życia ducha Crowpath. Może to i nie hiciarski materiał, lecz skutecznie wdrążający się w pamięć. Ciężko o jakąś wpadającą w ucho wisienkę, choć wbrew pozorom jest tu wiele chwytliwych motywów. Dajmy na to rozpoczynający album „Rivalry”, fuzja starego i nowego warsztatu, w efekcie dająca niezwykle ciekawą formę rozrywki. Kolejne „The Collyer Brothers” czy „Saw Collector”, obfitują zarówno w szybkie partie jak i nieco wolniejsze, tym samym dynamizując rozgrywającą się akcję. Podobny scenariusz tyczy się niemal całego albumu, wielopoziomowy charakter sprawia, że bez trudu zagłębiamy w się w szczeliny muzycznej czasoprzestrzeni. Warto zwrócić uwagę na spoiwo jednoczące wszystkie numery, optymistyczna aura towarzysząca od początku do końca pozostawia miłe wspomnienia, a każdy powrót do tego materiału wiąże się z niezwykle przyjemną przygodą.

Crowpath miał to do siebie, że choć natłok dźwięków niekiedy zlewał się w niezrozumiałą papkę, to niektóre fragmenty krążą mi po głowie po dziś dzień, natomiast w przypadku Tellusian zdecydowanie lepiej wspominam ep-kę niż długograjkę. Mimo tego, jest to niewątpliwie pozycja obowiązkowa wśród tegorocznych połamańców, zwłaszcza, że Tellusian tak naprawdę dopiero się rozkręca.

Adam Piętak

Cztery