TEENAGE WIRST – Chrome Neon Jesus (Epitaph/Sonic)

Gitarowe granie umiera. Banał powtarzany średnio raz na miesiąc przez różne, mniej lub bardziej opiniotwórcze media, jak na razie nie chce się spełnić i koło historii toczy się w najlepsze, ciągle odkrywając dla adeptów hałaśliwej sztuki nowe rejony. W dodatku w różnych dekadach. Tym razem udajemy się, jak wiele razy wcześniej, do lat 90., bo tam sentymenty kierują stacjonujący w Los Angeles Teenage Wirst.

Kiedyś, w dawnych czasach, trochę obok szalejącego grunge, pojawiła się frakcja muzyków, którzy chcieli połączyć melodyjne, zwiewne wokalizy z mocnymi gitarami. Jednym wyszedł szugejz, innym psychodeliczny, alternatywny rock. W każdym razie, jeśli kiedyś słyszeliście twórczość zespołów Seam, Love Battery, czy idąc na najwyższy pułap – wczesnego Smashing Pumpkins, propozycja trzech młodziaków z Los Angeles będzie czymś oczywistym. Nie powiem, że muzycy zawojują świat, bo byłoby to wierutne kłamstwo. Takich zespołów mamy na pęczki i nie sądzę, by Teenage Wirst mieli szansę wybić się ponad małe kluby rozsiane po różnych mniejszych i średnich miasteczkach Europy, bo to właśnie na starym kontynencie widzę większą fan bazę dla Amerykanów.TeenageWrist_DanMonick_75380004_F.jpg.928x0_q90

W zasadzie nie dostajemy w tym zestawie jedenastu utworów niczego, czego wcześniej zajadły fan gitarowego grania nie usłyszał. Nirvanowata rytmika napędza proste, choć sugestywne w pociągającej melodyce gitary a nad wszystkim unosi się ten charakterystyczny, rozmarzony głos wokalisty, który brzmi jakby właśnie przezywał straszny zawód miłosny. Jako żywo, kojarzyć się to może z szugejzem, jednak poza podobnym tropem klimatycznym, z tym gatunkiem nie ma nic wspólnego. To po prostu solidny, miejscami nieźle lepiący się do ucha rock z lekko introwertyczną postawą muzyków. Trudno szukać w tym drugiego dna – proste, oparte na dwóch – trzech akordach piosenki kuszą obietnicą dobrej, koncertowej rozrywki i tak należy do tej płyty podchodzić. Jeśli Corgan będzie miał kiedyś wizję totalnego powrotu do swoich korzeni (sic!), powinien koniecznie posłuchać „Chrome Neon Jesus”.

Arek Lerch

Trzy i pół