TARPAN – Ruins

Poznaniacy z Tarpan dość nieoczekiwanie trafili na moją „listę przebojów”, i przyznam, że jest to zespół może nie wyjątkowy, ale z pewnością, jeśli chodzi o granie sludge-podobne, twór naprawdę ciekawy, potrafiący przykuć uwagę słuchacza nie tylko wpisaniem się w gatunkową konwencję, ale przede wszystkim, ciężarem podszytym zaskakującą dawką energii. Kto takie granie kojarzy przez pryzmat (starych) Acid Bath, nowoczesnych brzmień spod znaku Black Tusk czy coraz mocniej zerkającego w stronę nośnego rockowego grania Baroness, ten wie o co chodzi.

Chciałbym jednak zaznaczyć, że poznaniacy podręcznikowy sludge traktują raczej jako podstawę do żywiołowego, miejscami bardzo mechanicznego grania. Nie usłyszymy zatem typowo południowych klimatów, które często urozmaicają ten dość charakterystyczny nurt. Zresztą, posiłkowanie się dokonaniami Neurosis i im podobnych dziś nie robi już żadnego wrażenia, stąd kwintet z wielkopolski gra znacznie nowocześniej, wścieklej i miejscami, choć wciąż biję się z myślami czy aby na pewno to zaleta – znacznie surowiej.

Zasadniczo nie spodziewałem się, że krążek aż tak bardzo przypadnie mi do gustu, tym bardziej, że na ogół z takim graniem mi nie po drodze. Nie ma tu przecież ani hc/punka niegdyś leżącego u podstaw gatunku, ani gęstego dłubania w smole, a jednak Ruins kupuje mnie doskonałym groove, kontrastem pomiędzy brutalnym, stricte metalowym graniem, a przestrzenią i dbałością o trans kompozycji. Oczywiście, można im zarzucić, że oddechu i patentów na „czarowanie” słuchacza mają trochę za mało, ale nie o to tutaj chodzi. Lepiej żeby było do czego wracać (momentami) aniżeli, żeby dostać wszystko od razu na tacy i porzucić odsłuch po raptem kilku obrotach w odtwarzaczu.Tarpan band

Materiał miał już swoją premierę live i gdybym nie wiedział, że skład zespołu (studyjnie) tworzyli między innymi ludzie odpowiedzialni za jeden z najlepszych, polskich bandów ostatniego piętnastolecia (Faust Again/Blues Beatdown) byłbym co najmniej zdziwiony tak „światowym” debiutem. A tu proszę, wszystko się zgadza – brzmienie ukręcone u Perły, doskonałe łączenie metal(core’a) z pieczołowitym dłubaniem w średnich tempach, no i jest ryk – mocny, czytelny i spajający dźwięki. Tarpan zadebiutował krążkiem, którego, gdyby mieli prawdziwą konkurencję na naszym rynku, mogliby im zazdrościć „wyjadacze”. Trochę szkoda, bo z miejsca stali się aspirantem do miana numeru jeden. Przyklaskuję, a do „The Wolf, The Rat, The Whore” zamierzam wracać jak do najlepszego, radiowego powerplaya.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół