SYNCHROTRONY –  Synchrotrony (Gusstaff Records)

Zawsze powtarzam, że podstawą  jest dobra nazwa, bo to od niej zaczyna się kontakt z zespołem i często warunkuje nasz stosunek, zanim jeszcze posłuchamy muzyki. Dlatego nazwa Synchrotrony (jakiś typ akceleratora cyklicznego…) jest trudna, naukowa i na pewno tajemnicza. Czy pasuje do zespołu? W jakimś sensie tak, choć skandować na koncertach będzie trudno. Inna sprawa, kiedy na te koncerty pójdziemy i czy rzeczone trio chce by ktoś ich nazwę wykrzykiwał pod sceną. Przed państwem nowy twór improwizowany, jazzowy czy też yassowy a może jeszcze inny? Spróbujemy to wyjaśnić.

W zasadzie nie mamy do czynienia z jakimś wybuchem jeśli chodzi o historię grupy. Ot, trzech panów, zajmujących się muzyką od lat, otwartych, poszukujących i bardzo dobrze przygotowanych formalnie. Być może te poszukiwania i eksperymenty spowodowały, że postanowili pograć muzykę cokolwiek przystępniejszą, choć także dla miłośników improwizacji. I w tym miejscu rozpoczynamy batalię o to, by jakoś opisać to co na debiutanckiej płycie się znalazło. Skład? Perkusista Krzysztof Topolski, znany z różnych projektów, głównie parający się muzyką eksperymentalną, wzbogaconą o tzw. nagrania terenowe, edukator i perkusyjny erudyta. Kontrabasista Jacek Steinbrich znany jest publiczności z zespołów TeChytrze i Mikroelementów, zaś saksofonista Maciej Rodakowski pięknie i z rozmachem dmucha w swój instrument w Naczyniach czy Za Siódmą Górą. Na debiucie Synchrotronów postawili na mieszankę cokolwiek nieortodoksyjną, poruszają się na różnych polach, sięgając po stylistyki, których wspólnym mianownikiem jest wspomniana improwizacja. Momentami bliżej jazzu, to znowu frywolnie yassowo a nawet lekko krautowo, zawsze z dużym czujem i kunsztowną ornamentyką. Jako, że trio to dużo przestrzeni wymagającej inteligentnego zagospodarowania, każdy z muzykantów gra tu dużo. Może nie jest to modne w czasach minimalizmu, ale trzeba przyznać, że zespół dba o to, by każda partia instrumentalna była z jednej strony nieszablonowa, a jednocześnie na tyle przystępna, byśmy mieli do czynienia z muzyką a nie niestrawną awangardą. Zatem, do rzeczy.S

Materiał jest w moim mniemaniu spięty klamrą utworów „Be-Bah” i „Synchrotron”, gdzie zespół gra bardzo gęsto, łamie struktury, celowo wprowadzając trochę nerwowego chaosu, może właśnie dlatego, by powitać i pożegnać wszystkich taką wspólną erupcją ekwilibrystyki? Ma to sens, że pojadę hasłem z reklamy. Tym bardziej, że reszta jest już zdecydowanie poukładana i trzyma instrumentalne aspiracje na aranżacyjnych wodzach, choć oczywiście w granicach rozsądku, bo przecież o swobodę wypowiedzi tu chodzi. Jazz? Oczywiście, posłuchajcie „Na Moczarach” (swoją drogą, pierwotny tytuł był zdecydowanie bardziej ambitny, ale o tym w wywiadzie…), gdzie pięknie rozpędzony swing zostaje złamany w czwartej minucie solidną solówką Topolskiego. Wydawca w notce pisze o transowości i krautowej sekcji rytmicznej. No, są to jakieś drogowskazy, a szukając w szczegółach, to repetycje czuję w „Darmobit”, który na własne potrzeby nazywam takim „Lonker See bez gitary” i wszystko chyba jasne. Kunszt grupy wyczuć można w pięknie prowadzonych zagęszczeniach wypowiedzi, np. w „Un petit dejeuner w São Paulo”, gdzie stylistyczna samba, w drugiej części utworu jest z finezją dociążana. No i „Black Metal Blues”, który brzmi niczym zagubiona kompozycja Primusa. Dużo się dzieje – i tu upatruję swoistej przewrotności zespołu, polegającej na tym, że potrafi te pomysły sprzedać bez zbytniego hałasu. Znaczy, trzeba posłuchać płyty kilka razy by to wszystko odkryć i docenić. A że takie odkrywanie bardzo lubię, to i Synchrotrony długo ze mną pozostaną. Mam nadzieję, że z wami też…

Arek Lerch

Okładka: Piotr Rubiecki, “Mystery of manoeuvres”, 2015

Pięć i pół