SWANS vs NICK CAVE – Zmierzch bogów

Czasami dzieje się tak, że choć chcesz najbardziej na świecie usłyszeć muzykę, która spowoduje, że znajdziesz się w innej rzeczywistości, dostajesz jedynie coś co brzmi jak wyrzut sumienia. To sytuacja, kiedy nie liczy się fakt, że jesteś tzw. dziennikarzem, że coś tam piszesz, bo nie jesteś w stanie rozgraniczyć subiektywnego, zainfekowanego pretensjami spojrzenia od bezdusznego obiektywizmu. Tak jest w tym przypadku. Dwie płyty artystów ważnych. Także dla niżej podpisanego i rozterki związane z odbiorem ich najnowszych dzieł. Nie będzie miło…

Przyznam, że najchętniej nie pisałbym poniższych słów. Nawet nie dlatego, że nie chcę złorzeczyć i wyśmiewać. Bardziej chodzi o fakt, że i Australijczyk i lider Łabędzi to artyści, którzy w dużej mierze odkorkowali mój mózg na dźwięki niekoniecznie oczywiste. W dodatku – jak wiadomo, sam jestem dziadkiem – śledzę ich poczynania od wielu lat, niemalże od początków i trudno mi bez emocji spojrzeć na te dokonania. Te dwie osoby w zasadzie zawsze były liderami zmian i dlatego trochę dziwnie się czuję, nie mogąc do końca zaakceptować kolejnych przepoczwarzeń. Oczywiście, w przypadku Cave’a owa zmiana była nagła i raczej niekoniecznie z woli artysty. Pisałem o tym już po premierze „Skeleton Tree” i już wtedy była w tym pewna trudność, bo zetkniecie z absolutem śmierci budzi u różnych ludzi różne reakcje. Być może łatwiej powinienem zaakceptować zmianę jaka nastąpiła w twórczości Cave’a niż to co zrobił Michael Gira, który konformistą nie był nigdy i świadome zburzenie mozolnie budowanego zamku było aktem odwagi. Czy takim samym aktem jest to co robi dzisiaj Nick? Nie wiem, ale na pewno się z tym do końca nie zgadzam. Panowie – z premedytacją i bez – dokonali zmiany, która wprowadza ich w nową rzeczywistość. Choć oczywiście, to Cave jest w sytuacji o tyle nietypowej, że przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie miał za złe tego, że nadal pozostaje w żałobie. Przyznam, że w zasadzie nawet z pewnym uznaniem podchodzę do „Ghosteen”, bo przecież trzeba mieć odwagę i pęknięte serce, by nagrać materiał tak subiektywny, introwertyczny i przesiąknięty bólem, że tylko – przepraszam za złośliwość – poprawni dziennikarze decydują się na ocenianie i nazywanie płyty dziełem wybitnym. Którym w moim odczuciu wcale nie jest. I ponownie odwołam się do czysto komercyjnych aspektów – jeśli miało być intymnie, prywatnie i nadal rozliczeniowo, po co było tytułować to szyldem „The Bad Seeds”, skoro jeszcze bardziej niż na  „Skeleton Tree” Złych Nasion tu brakuje. Odwołania do Briana Eno, ambientowe, nasączone smutkiem pasaże w równym stopniu intrygują co irytują. Niezrozumiała synteza dwóch osobowości – Cave’a i Ellisa – trwa w najlepsze; skłonny jestem uznać też fakt, że płytę kończy najlepszy w zestawieniu utwór („Hollywood”), który ma przebłyski starego, dobrego Cave’a i ferajny. Próbuję dalej, bo jakoś trudno mi uznać porażkę i coraz wyraźniej werbalizować odczucia, że Cave po prostu wraz ze śmiercią syna stracił to „coś”. Jestem pewnie w tym mniemaniu osamotniony, moje słowa zginą w gąszczu achów i ochów, być może straciłem czujność. Nie kupuję tej płyty.0009A60461M4MTC7-C122

Inaczej ma się rzecz ze Swans, bo zmiana, czyli rozwałka genialnego składu odpowiedzialnego za takie monumenty jak „The Seer”, „The Glowing Man” czy „To Be Kind”, jawi się jako coś niedorzecznego, choć bardzo pasującego do niespokojnego ducha pana Giry. Z jednej strony – szacunek: zamiast czekać, kiedy ów zgrany skład zaliczy potknięcie, Michael rozpuszcza lud do domów i bierze głęboki oddech. Z drugiej strony, może ów oddech byłby głębszy, gdyby np. płyta „Leaving Meaning” została nagrana pod szyldem The Angels of Light, bo momentami dokładnie tak brzmi. Choć kolejny, niezaprzeczalny fakt jest taki, że gdyby Michael tak właśnie postąpił, sprzedaż płyty byłaby o połowę niższa. A żyć przecież trzeba. I tu – w odróżnieniu od „Ghosteen”, dostrzegam jakiś głębszy sens, próbę stworzenia siebie na nowo, ale tak, by słuchacz nie poczuł się jednak zbytnio zdezorientowany. Mamy klamrę nazwy, która spaja pewne idee, choć oczywiście generuje też oczekiwania. I te raczej nie zostaną zaspokojone, bo zupełnie na zimno trzeba przyznać, że nowa płyta nie wytrzymuje starcia z trzema poprzedniczkami. Jasne, już długości utworów świadczą o tym, że Michael chciał nagrać kilka impresji w bardzo pomieszanym towarzystwie niż tworzyć kolejny, pomnikowy monolit. Jaka jest ta płyta? Na pewno ciekawsza niż „Ghosteen”. Na pewno zróżnicowana i na pewno kontynuująca hipnotyczno – transowe wątki reaktywowanego parę lat temu składu. Na pewno jest to dla Giry płyta ważna, bo to pierwsza duża wypowiedź po zamieszaniu w związku z oskarżeniem o gwałt, które przedstawiła w 2016 roku Larkin Grimm. Może pewna oszczędność muzyki wynika właśnie z faktu badania gruntu po tej aferze? A może Michael, niemłody przecież człek, chciał troszkę odpocząć.0009D0MN41SXAL8C-C122

„Leaving Meaning” to płyta spokojniejsza, zdecydowanie stawiająca na klimat mogący kojarzyć się z jednej strony z „Other People” AoL (np. „Amnesia”), z drugiej z „The Burning World” (utwór tytułowy), choć co ciekawe, najfajniej wchodzą te numery, które odnoszą się bezpośrednio do poreaktywacyjnych poszukiwań (chociażby transujący „The Hanging Man” czy brutalny „Sunfucker”). Nie zmienia to jednak faktu, że na nowej płycie nie muszę szukać starego dobrego Giry, tak jak nie mogę znaleźć Cave’a na „Ghosteen”. Dlatego odwagę czy arogancję Michaela doceniam bardziej niż smutek Nicka. Być może staję się bezdusznym skurwysynem, obojętnym na cierpienia artysty, ale z tych dwóch, dziwnych w sumie płyt na dłużej pozostanie ze mną „Leaving Meaning”. Jeden z panów poszukuje i gubi się, drugi zgubił się i nie jest w stanie niczego znaleźć w sytuacji jaka go spotkała. Z niepokojem patrzę na taką sytuację, bo obawiam się, że trudno będzie obu panom stanąć na takim poziomie, jaki zaliczyli w minionych latach. Choć akurat Cave przygotowywał nas do tego już na „Push the Sky Away”, ale to rozważania na inną okoliczność.

Z zaskoczenia dodam, że oczywiście, jak najbardziej warto było się zmierzyć z tymi płytami. Swans zapada się gdzieś w odmęty psychodelii co niechybnie skończy się frustracją Giry, który wyląduje w końcu w małych klubach  grając znowu pod szyldem Angels of Light (a może wcale nie?), „Ghosteen” jest z kolei poniekąd leciutko kabaretowy, bo lektura płyty jest dla mnie za każdym razem usilnym poszukiwaniem pozostałych (pomijam Warrena Ellisa…) muzyków The Bad Seeds, których za cholerę tu nie słychać. Czyżby realizator ich wyciął, zostawiając jedynie smutki i żale? Dobra, dość złośliwości…

Arek Lerch