SWANS – To Be Kind (Mute Records/Mystic)

Równowaga? Poszukiwanie? Zarozumialstwo? W zasadzie każde z tych określeń pasuje do lidera SWANS, Michaela Giry. Nietuzinkowa postać stojąca na czele jednego z najciekawszych współczesnych zespołów, nadaje awangardowym poczynaniom grupy głębszy wyraz. Tu nie chodzi jedynie o hałas jako narzędzie fizycznie ogłuszające ludzi. Gira chce ogłuszyć nasze dusze. Jak udaje mu się to za sprawą trzynastej a trzeciej po reaktywacji płyty? Cóż, trzeba wyzbyć się oczekiwań i podążyć za liderem. Co wcale nie musi być pójściem na łatwiznę…

Reaktywacja SWANS kilka lat temu była dla Giry ważnym momentem. Zmęczony pracą z Angels of Light, wyraźnie poirytowany słabym odzewem, grający koncerty w malutkich klubach (chociażby w Polsce w Kotłach…) nie ukrywał frustracji sytuacją, w której się znalazł. Paradoksalnie, płyty AoL były niezłe, a kończąca dyskografię „We Are Him” wręcz bardzo dobra. Gira w wypowiedziach narzekał na ciągłą walkę z rzeczywistością, przesrany los artystów bijących się o kromkę chleba. Gołym okiem było widać, że chłopina nie ma lekko, co w połączeniu z trudnym charakterem dawało mieszankę wybuchową. Trudno się zatem dziwić, że pierwszy po latach hibernacji album jego sztandarowej formacji przyjmowany był z lekkim dystansem, bo chociażby niżej podpisany, pomny żółci wylewanej przez artystę, traktował płytę niczym chęć wskoczenia na wyższy poziom, odcięcia się od przeszłości, choć jednocześnie nowa muzyka była jeszcze wielkim rozkrokiem między tym co było i tym co będzie. Z dzisiejszego punktu widzenia, decyzja Giry okazała się strasznie głośnym strzałem w dziesiątkę. SWANS po reaktywacji stał się jedną z większych atrakcji koncertowych, krążek My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky, traktowany jako swego rodzaju fanaberia, okazał się przedsionkiem do wydarzenia dekady czyli The Seer. Zespół złamał rządzące biznesem zasady, w myśl których „dzieło życia” artyście przydarza się tylko raz. Amerykanie mieli już swój kamień milowy w postaci „Children of God” (1987), a teraz przypieczętowali swoją wielkość kolejnym krążkiem, który przebojem wszedł na salony. Był też na bakier z kolejną tezą, w myśl której współczesne płyty nie mogą trwać dłużej niż 40 min, bo inaczej mogą zanudzić słuchacza. Dwa krążki, dwie godziny muzyki. Dodatkowa płyta z koncertem. Winyle, gadżety. Koncerty solowe. Powiedzenie „drugie życie” w przypadku Michaela Giry jest banałem.Swans

Recenzję „The Seer” zakończyłem słowami – „nic i nikt „The Seer” nie przebije”. Mocne i histeryczne słowa, jednak dzisiaj, po lekturze „To Be Kind” niemal… prorocze. Bo też obawiałem się nowego krążka SWANS. Trudno, żebym uwierzył w to, że zespół może po raz trzeci stworzyć pomnik, bo to raczej niewykonalne. I tak się stało. Na szczęście, celowo nie napisałem recenzji tuż po zapoznaniu się z „trzynastką” (przesąd??), bo wtedy padłyby tu pewnie nieco inne słowa. Dzisiaj jestem pewien, że nagrano płytę, nie będącą kontynuacją a logicznym krokiem, na który w kontekście „The Seer” zdecydował się Gira. Wielu artystów pewnie próbowałoby przebić poprzednie dzieło (cóż, reklamowy banał…). Wykorzystanie pewnych schematów w przypadku SWANS byłoby trudne, choć gdzieś tam widać, że zespół dokładnie przestudiował sytuację. Mamy zatem znowu dwa krążki, dwie godziny muzyki. Jest i tu, jak w przypadku utworu tytułowego z „The Seer”, kompozycja trwająca ponad 30 minut („Bring the Sun/Toussaint L’Ouverture”). W pełni zachowana została unifikacja graficzna wydawnictw SWANS. Ascetyczna okładka, jeszcze bardziej ascetyczne wnętrze. Wszystko w normie, zapięte na ostatni guzik. Czas zatem na to co nieubłagane – kilka słów o samej muzyce.

W rozmowie z liderem zespołu usłyszałem, że podstawą tej płyty, słowem, które najlepiej ją recenzuje jest BRZMIENIE. Faktycznie, to co usłyszymy na „To Be Kind” ma dość głęboki wymiar. Każdy dźwięk, niezależnie czy przemyślany, czy spontaniczny, został zarejestrowany w sposób niesamowicie organiczny. Szczególną rolę na tej płycie powierzono smaczkom, detalom, które gdzieś tam ciągle się przewijają, na drugim czy trzecim planie: w pierwszym momencie nie zwracamy na nie uwagi, skupiając się na całokształcie, jednak po dłuższym obcowaniu z „To Be Kind” właśnie te dziwne dźwięki, pozornie mało istotne zagrywki, strzępki brzmień, poutykanych na obrzeżach kompozycji, decydują o charakterze nowych pieśni Łabędzi. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wytknął zespołowi pewnych nierówności. Bo obok rzeczy genialnych, są tu także kompozycje kontrowersyjne. Rozumiem, że „Kirsten Supine”, to dla Michaela ważny element płyty – o swoim uwielbieniu dla „Melancholii” Larsa von Triera opowiadał niejednokrotnie. Mógł jednak ową atencję zawrzeć, powiedzmy, w 3 minutach a nie w dziesięciu (tak samo zresztą odbieram utwór tytułowy…). Może słowo „nudny” jest za mocne, ale snujący się – nomen omen – melancholijnie podkład, ciutkę drażni. Choć kto powiedział, że muzyka SWANS ma koić do snu? Podobnie jest ze wspomnianą kompozycją „Bring the Sun/Toussaint L’Ouverture”. W pierwszym momencie utwór wydaje się przytłaczać chaosem, jednak im dłużej go słucham, tym bardziej łapię się na tym, że można z niego wykroić z 15 genialnych minut. Pozostałe dwadzieścia to głównie rzeczy przypominające soudntrack do nieistniejącego, paranoicznego filmu. Paradoksalnie – najgenialniejsze są tu kawałki, które, zdawałoby się do zespołu nie pasują. Na początek niech będą to numery o ewidentnie tanecznym charakterze – „Oxygen” i „She Loves Us”. Na dzień dzisiejszy – są to dla mnie najlepsze kompozycje na płycie, łączące w sobie starą potęgę, niesamowity puls, hałas, awangardę ubrane w przystępniejszą, bujającą rytmikę. Słuchanie tych utworów sprawia mi niekłamaną przyjemność i mam wrażenie, że staną się niekwestionowanymi szlagierami koncertowymi, choć w przypadku SWANS nigdy nic nie może być pewne.

Nie gorzej wypada swansowa interpretacja bluesa – „Screen Shot” pokazuje inne oblicze zespołu – chłodne, oszczędne, minimalistyczne uderzenia wysoko brzmiącego werbla zwyczajnie hipnotyzują, wprawiają w obłędny trans. To co dzieje się w tym numerze jest szczytem misternej aranżacji, która za sprawą wspomnianych wcześniej, detalicznych dźwięków, buduje monumentalny klimat. Nie gorzej jest w przypadku „Just a Little Boy” – zespół mozolnie przemierza bagna Luizjany, przygląda się bawełnianym plantacjom (ach, ta gitara steel…) i wreszcie, po 12 minutach dochodzę do wniosku, że ta kompozycja mogłaby się z powodzeniem znaleźć na… „The Firstborn Is Dead” Nicka Cave’a! Duszna, mimo swojej przestrzennej formuły kompozycja onieśmiela. Chyba tylko Gira mógł się porwać na coś tak ponuro monumentalnego. Oczywiście, nadal słychać tu mnóstwo elementów, które kojarzone są ze starym, obsesyjnym SWANS – chociażby niesamowite wejścia ściany dźwięku złożonej z instrumentów dętych w „A Little God in my Hands”. Nie sposób w kilku słowach oddać bogactwa brzmieniowego, sprytnie rozłożonych pomysłów, które odkrywamy dopiero po kilku przesłuchaniach. I ta przytłaczająca obsesja, która drąży mózg. Ostatnim paradoksem płyty jest utwór „Some Things We Do”. Smutny, niejako fałszywie brzmiący, oszczędny w dźwiękach staje się nadrzędną deklaracją, podsumowującą płytę – kiedy słucham Giry, beznamiętnie wyliczającego wszystkie, trywialne czynności, jakie na co dzień wykonujemy, mam wrażenie, że chce powiedzieć: „to my, ludzie. Tacy jesteśmy! Zawistni, śmierdzący, ładni, głośni, piękni i źli”. Deklaracja człowieczeństwa, czy pogodzenie się z faktem, że każdy z nas tak samo zgnije, prędzej czy później?swans_wall_vertical

Co jest zatem nadrzędną wartością dodaną „To Be Kind”? W moim odczuciu będzie to RYTM. Płyta pulsuje niesamowitym, często zdecydowanie nie przystającym do tego zespołu groovem, który powoduje, że muzykę odbiera się zupełnie inaczej, najbardziej szalone, awangardowe odjazdy nabierają przystępności i nawet jeśli coś nam nie pasuje, płyta przelatuje może nawet szybciej niż – jednak bardzo ciężki z dzisiejszego punktu widzenia – „The Seer”. Wielki szacunek za to, że zespół nagrał album inny od poprzednika, że poszukuje, bawi się dźwiękami, nadal pozostając tworem niesamowicie introwertycznym, zamkniętym i nieprzyjaznym. Zmienił się też sam Gira, mocno rozbudowując swoje partie wokalne, skutkiem czego możemy posłuchać całej palety wrzasków, dziwnych melodeklamacji, ponurych zawodzeń i szeptów. Doprawdy, repertuar nieograniczony. Wspomniałem wcześniej o tekstach… Muszę przyznać, że próba jakiejkolwiek interpretacji jest cokolwiek trudna, bo Gira jak zwykle ogranicza się do w pewnym sensie dadaistycznych zestawień, bawiąc się nie tyle znaczeniem ile klimatem słowa. W tym wymiarze pasują one idealnie do niepokojącej swoją aurą muzyki.

SWANS nadal pozostaje jednym z wykonawców, którzy mają wpływ na moje życie, od dwóch dekad ciągle jest gdzieś obok i w takim kontekście „To Be Kind” jest albumem, który mógłbym uznać za dzieło równie ważne jak „The Seer”, jednak zimna kalkulacja nie pozwala mi uznać go – w violencowym rozrachunku – za album tygodnia. Byłoby to jednak nadużycie, bo choć będę do niego wracał częściej niż do „The Seer” (co też jest jakimś paradoksem), obiektywnie uznaję kilka drobnych wpadek podczas prac nad utworami. Staram się jednak zrozumieć megalomanię twórcy, którego chyba dobre samopoczucie pchnęło do takich a nie innych preparacji dźwiękowych. W sumie zawsze podkreślałem, że Gira robił i robi dokładnie to, na co ma ochotę, dlaczego zatem mam go ganić, kiedy tworzy akurat coś co mi się może nie spodobać?

Arek Lerch

Zdjęcia: Matias Corral

Pięć i pół