SWANS – The Glowing Man (PIAS)

Nie wiem, czy jestem szczęśliwy kontemplując nowe dzieło SWANS. Nowe i na pewno ostatnie. Przed zmianami, o sensie których wie tylko wielki mistrz Gira. Słucham i cały czas zastanawiam się co dalej. Trochę to paskudna zagrywka ze strony Michaela, który dał do ręki muzykę, jednocześnie mówiąc: ciąg dalszy będzie, ale nie powiem jaki. Choć z drugiej strony, jestem zadowolony, że niespokojny duch nie pozwala mu odpuszczać, siadać w kapciach na kanapie, za  to cały czas kombinuje. Teraz doszedł do wniosku, że znalazł się pod ścianą. Ja… też to wymyśliłem, słuchając nowej płyty.

Płyty, która jest swego rodzaju podsumowaniem dotychczasowej, poreaktywacyjnej kariery. Odpowiednio – świetnie rokującej (My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky), wybitnej (The Seer) i zaskakującej (To Be Kind). Na tych płytach Swans ostatecznie rozprawił się z oczekiwaniami słuchaczy, grając w swojej lidze, a na The Glowing Man, dodaje do tego coś w rodzaju desperacji, ciut nowego brzmienia i ciągle rzucającą na kolana konsekwencję. Zatem – po pierwsze – na nowej płycie nie odpuszczają, mam wręcz wrażenie, że jeszcze bardziej zbliżyli się do warunków koncertowych. Tempo, w jakim rozwijają się te numery może albo zachwycić albo wkurwić. Właściwe aranżacje pojawiają się czasami w połowie numerów, zespół z wrodzonym sobie wdziękiem smakuje każde brzmienie, powtarza je i ta repetycja staje się głównym wyróżnikiem materiału. Jak zwykle, bardzo trudnego, rozbudowanego do granic przyzwoitości, jednak – i to będzie chyba jedyna, nieentuzjastyczna uwaga – nie tak zaskakującego jakbym chciał. Po prostu, zespół stosuje zestaw środków, dobrze sprawdzonych w boju i tym samym od pierwszych sekund wiadomo, o co chodzi. Poza tym, jest to materiał, który będzie w nas dojrzewał miesiącami, i na razie można przedstawić co najwyżej wstępne opinie po pierwszym kontakcie. Zwraca uwagę monumentalny „Cloud of Unknowing”, który jest czymś w rodzaju drogowskazu dla przyszłych działań, momentami ocierających się o muzykę poważną, na pewno o awangardę. Prywatnie stawiam jednak na „The World Looks Red” i opętany „Frankie M”, w którym Swans poustawiał po kątach wszystkich wykonawców, uważających, że wiedzą jak generować drone’owe piekło. Jest jeszcze kojarzący się nieco z Burning World „People Like Us” oraz wykonany przez żonę Michaela, bardzo osobisty „When Will I Return”. Osobny rozdział stanowi 28-minutowy utwór tytułowy, w którym Swans po raz kolejny odjeżdża, zostawiając awangardowo-alternatywną konkurencję gdzieś daleko z tyłu. Co nie zmienia faktu, że decyzja o zakończeniu współpracy z dotychczasowymi muzykami jest w dużej mierze słuszna… Znowu nerwowe oczekiwanie i spekulacje, które pewnie rozminą się z rzeczywistością. A to, że dzisiaj Swans zaczyna się nieco powtarzać? Z jednej strony jest uczucie lekkiego niedosytu, ale z drugiej, cały czas szacunek za niezłomną postawę, bo wydaje mi się, że im jednak wolno… I właśnie bardziej o tym fenomenie, jakim dzisiaj jest formacja Giry, rozmawialiśmy z kolegą Grzegorzem… GH1115-21_2048x2048

Grzegorz: No, Arku, po raz pierwszy przyznałeś się, że jesteś psychofanem i to Swans. Nie chcę być wścibski, ale to dość oczywiste, zwłaszcza, jak zna się Twoje muzyczne zainteresowania.

Arek: Czasami trzeba być psychofanem. Jest kilku wykonawców, których darzę czymś w rodzaju…. mało ważne, czym. W każdym razie Gira Michael jest kimś. Dlaczego? Odpowiedź może banalna, ale jedyna sensowna: bo jest uosobieniem postawy: mam wszystkich w dupie i co mi zrobicie. Jest człowiekiem, który jak mało kto zasługuje na miano „artysty”. Salvador Dali muzyki alternatywnej…

Grzegorz: Fenriz hardcore’a i hałasu (śmiech). Ale tu się zgodzę, ten jego mamtowdupizm, to jest rzecz arcyniebywała, mająca tylu zwolenników co przeciwników. Przekłada się to na muzykę i tu, już muszę stanąć po przeciwnej stronie barykady, bo dzieje się tak, i to dość często, że w tym jego szaleństwie, graniu głośno, opętańczo i bez zachowania formy, brakuje rzeczy dla muzyki pierwotnej – chęci dzielenia się nią z odbiorcą, któremu może się ona podobać.

Arek: I o to chodzi. Tej chęci NIE MA. To jest clou, ci zresztą widać na każdym koncercie. Publiczność w zasadzie nie jest w tym misterium hałasu potrzebna… Gira walczy ze swoimi demonami i z Bogiem.

Grzegorz: A może sam jest Bogiem? Bo czuję, że chciałbyś go w ten sposób przedstawić. Dla mnie z pewnością jest wyjątkowym artystą, choć przez to swoje nonszalanctwo, zdecydowanie nie do zrozumienia.

Arek: I to niezrozumienie jest najfajniejsze… Zawsze podkreślałem, że bardzo lubię artystów, którzy są aroganccy, bo tylko wtedy mogą ominąć mielizny zatytułowane czy to się komuś spodoba? Albo jeszcze gorzej: czy to do nas pasuje? Takie postawy powinny był karane więzieniem. I tylko artyści pokroju Giry pokazują, że można działać w oderwaniu od tego biznesu i ludzi i jednocześnie przewracać go do góry nogami. Poza tym – już w latach 80. Swans deklarował, że nie gra muzyki, która ma się podobać.

Grzegorz: No nie, bo ten ich hardcore był nie do przyjęcia. Zresztą, dziś nadal doszukuję się hc w Swans. Nie muzycznie, bo to od dawna nie ma nic z tym wspólnego, a w kwestii postawy. Gira gdy napotyka barierę, dosłownie niszczy ją. Brnie do przodu choć czasami zastanawiam się po co i gdzie jeszcze może się udać.

Arek: Z wyroku sądu: 5 lat paki za bluźnierstwo!! Swans NIGDY nie miał – na szczęście – nic wspólnego z hardcore! Nawet na tych najbardziej zgrzytliwych rzeczach typu „Filth” i „Cop”, była daleko poza takimi skojarzeniami. Nawet industrial do Swans nie pasował, Przekraczanie barier to była/jest chyba główna cecha tego gościa, nawet kiedy stawał się łagodniejszy, w jego charakterze zawsze było coś złowrogiego. Coś, co powodowało, że był przeciw. Obojętnie czemu… I to powoduje, że jest wyjątkowy, bo komu jak komu, ale jego złości, jego zaprzaństwu jestem w stanie uwierzyć.

Grzegorz: Wierzysz mu ślepo czy jednak potrafisz podejść do Michaela – bo cały czas mówimy o nim, a nie o zespole – krytycznie? Spójrzmy na ostatnie, dość nieoczekiwane albumy. O takie Swans walczyłeś? (śmiech). A ja tego hardcore’a będę bronił. Bo w tym zespole zawsze była i jest, choć mocno przeobrażona, furia tożsama dla tego nurtu.

Arek: Ok. Muzyka. Wrócę do tego co powiedziałem – lubię artystów, którzy nie oglądają się na nic i robią swoje wbrew wszystkim. Taka kategorię spełnia Swans w 100%. Czy o TAKIE Swans walczyłem? Nie wiem. To jest najlepsza odpowiedź. Pewnie 30% chciałoby, żeby nagrał „Children of God pt. II”, kolejne 30% chciałoby usłyszeć „Filth II” a jeszcze inni „Love of Life II”. Moim zdaniem, dzisiejszy Swans spełnia wszystkie założenia – jest nieprzewidywalny, ma kompletnie „wywalone” na jakiekolwiek oczekiwania i cały czas dłubie w swojej działce, tworząc rzeczy dla jednych niezjadliwe dla innych dziwne. A jeśli chodzi o to, że zaczął się powtarzać – tu znowu można powiedzieć, że wyprzedził wszystkich krytyków, bo ogłosił, że kończy współpracę ze swoimi muzykami i zaczyna kolejny rozdział. Czyli nikt już nie może narzekać, bo znowu stoimy w obliczu czegoś nieznanego i nie wiemy co też wykombinuje po „The Glowing Man”.

Grzegorz: A może nie zrobi nic. Podoba mi się, że przynajmniej jest świadom tego, że on tak naprawdę nic nie musi. Propozycje koncertowe się nie kończą, jest wybredny, gra gdzie chce, wkurwiając przy tym fanów takiego Openera jak i Offa.

Arek: Bo taki ma być. Taki jest i to powoduje, że cały czas wszyscy czują się niepewnie przy tym zespole. Jego działania i zachowania, czy to na scenie czy poza nią mogą budzić kontrowersje, ale nie sposób go krytykować. Jestem bliski stwierdzenia, że to faktycznie jest gość, który może nazwać się artystą niezależnym. W każdym razie – mnie jego zachowania fascynują. I od razu uprzedzam, żadnych pytań o oskarżenia dot. gwałtu!SWANS

Grzegorz: Gwałtów ostatnio za dużo, w hardcorze również, o ile słyszałeś o aferze z wokalistą Champion. Wracając do Swans, widzę, że starasz się w tej rozmowie dominować i za nic nie pozwolisz na krytykę Bożka z Los Angeles.

Arek: Krytyka dobra rzecz. Wiesz, nie jestem bezkrytyczny – są płyty lepsze gorsze, nie wszystkie rzeczy Angels Of Light dają radę, Swans też ma w repertuarze płyty, które dzisiaj się bronią i takie, które ciut się jednak zestarzały. Jednak mnie bardziej chodzi o całokształt, o brak kompromisów, które być może w niektórych momentach poprawiłyby stan jego konta. Zresztą, jeden z nielicznych przypadków, kiedy Gira zdecydował się pójść za podszeptem wytwórni i w efekcie powstał album „Burning World”, okazał się być ewidentną porażką. Choć sama płyta dzisiaj jest bardzo przyjemna, o czym zresztą na Violence pisałem. Dlatego uważam, że temu klientowi komercja nie służy. I to mówię zupełnie obiektywnie, lekko potrącając bożka na postumencie (śmiech).

Grzegorz: Komercja w studiu, ale granie na naprawdę dużych festiwalach – owszem. Co z nowa płyta, podoba Ci się tak częste korzystanie z wiolonczeli? A skoro o niej mowa, „Cloud of Unknowing” jest chyba podręcznikowym przykładem nieprzewidywalności Swans.

Arek: Jeszcze nie oswoiłem się z tą płytą i prawdę mówiąc, nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy wydać werdyktu. Ale spróbuję – płyta mi się… podoba (śmiech). Ale słyszę też to, że ten skład dotarł do ściany i pewne symptomy zapętlenia są słyszalne. Tym bardziej rozumiem Girę, że chce zakończyć współpracę z tymi ludźmi. Nic więcej z nich nie wyciśnie. A „Cloud of Unknowing” – cóż – jak zwykle katedra. Zaskakują mnie pewne sposoby budowania narracji, które kojarzą mi się z muzyką poważną. Dużo dziwnych dźwięków, które trzeba będzie długo trawić, żeby zrozumieć ich sens albo bezsens. Na pewno jest to przykład zupełnie koncertowego budowania aranżacji. Grają tak, jak gdyby czas nie istniał. Nie mają ograniczeń. Nie wiem, czy bardziej szanuję ten utwór czy 28 min tytułowego… Ach, jak ja lubię takie kolosy. Choć na dzień dzisiejszy zapamiętałem bardziej „The World Looks Red” – jest drażniący, rytm wchodzi po siedmiu minutach no i ten drone na końcu. Zęby wypadają z radości (śmiech).

Grzegorz: 3 godziny ze Swans live to za dużo czy za mało? Kiedy weźmiemy kolosy z tej płyty, dodamy coś z The Seer i … cholera, no nie starczy czasu (śmiech)

Arek: Nie musimy brać z żadnej płyty bo Swans na koncertach gra głównie… nowe numery. Od dawna mówię, że Gira traktuje koncerty jak próby przed nagraniem kolejnych płyt. Czy to się komuś podoba czy nie. A że są te koncerty… męczące momentami, no cóż. Jak powiedziałem na początku: Swans nie ma być przyjemny, ma za to wywracać wszystko do góry nogami…SwansLive_CreditJensWassmuth_5_1024x1024

Grzegorz: The Glowing Man traktujemy jako album w pewnym sensie pożegnalny? Jako znak pauzy w działalności?

Arek: Tak. Traktuję go jako zamknięcie pierwszej części nowego rozdziału, który rozpoczął się w w 2010 roku. Zamkniecie tego kierunku poszukiwań, bo nawet sam Gira zdaje sobie sprawę, że w tej formule raczej lepiej nie zagrają. Sześć lat intensywnego grania, cztery płyty, albumy koncertowe. Masakrująca ilość pracy jak na tych starych w sumie gości. W rozmowie jaką z nim przeprowadziłem stwierdził, że to nie koniec Swans, ale koniec pewnego układu, formuły. Zatem – czekamy, czekamy na to co będzie dalej. Paradoks – jeszcze płyty nie mamy w ręku, a już chcemy wiedzieć co będzie dalej. I jak tu nie uważać Swans za fenomen. Która grupa jest w stanie dostarczyć takich emocji. Obojętny nie pozostanie nikt – od hejtera do fana.

Grzegorz: Ja pozostanę po tej mniej entuzjastycznej stronie barykady. A ty, zamówiłeś już swoją kopię „The Glowing Man”?

Arek: Czekam. Ale na podstawową wersję. Bez dvd koncertowego. Próbowałem kiedyś oglądać dvd z koncertem Swans i to jest parodia. Ten zespół trzeba zobaczyć na żywo. Poczuć ból i zniszczyć sobie słuch. Wtedy jest pełnia wrażeń. Pamiętam, jak podczas koncertu Swans w Stodole, podczas 20 minutowej introdukcji na dzwonach rurowych ludzie uciekali spod sceny. I o to chodzi. Zatem – prawilna wersja dwukompaktowa, a potem zapewne prawilna wersja 3LP.

Grzegorz: Bo winyl wciąż w… modzie.

Arek: Zawsze. Tyle, że jeszcze nie wymyślili samochodowych gramofonów i to jest ból…

Dyskutowali Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch