SWANS – My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky (Young God Records)

Ile Angels Of Light jest w nowym albumie SWANS, czy brak Jarboe w składzie sugeruje powrót do korzeni grupy i jak ocenić posunięcia Giry w kontekście jego przeszłości? O tym i o nowej muzyce amerykańskich prekursorów industrialu słów kilka poniżej…

Obojętnie, jak przyjęty zostanie nowy album SWANS, Michael Gira ze swoim dorobkiem, neurotycznym charakterem i jedynym w swoim rodzaju głosem pozostanie ikoną niezależnej Ameryki. Ameryki kontrkulturowej, poszukującej i rebelianckiej. W zasadzie trudno mieć do niego pretensje, że reaktywował legendarną formację. Z całym szacunkiem dla świetnego dorobku Angels of Light, ostatnie lata w muzycznym życiu lidera tego zespołu były równie ambitne, co nie przynoszące wymiernych efektów. Muzyka Aniołów, mieszanina akustyki i eksperymentu, raczej mało przebojowa, introwertyczna, sprzedawała się pewnie miernie, głównie wśród fanów dawnych dokonań artysty, zaś muzyczne spełnienie nie szło ewidentnie w parze z ewentualnymi profitami. A żyć trzeba… Stąd też reaktywacja SWANS chyba zawsze będzie postrzegana jako próba ożywienia dość sennego klimatu wokół osoby, która dwie dekady temu była symbolem wywrotowych idei i muzyki, niszczącej wszelkie konwenanse.

Czy kolejny  krążek SWANS dorówna poprzednikom? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo i dyskografia Łabędzi pełna jest płyt diametralnie kontrastowych, począwszy od absolutnego jazgotu „Filth”, przez industrial „Children Of God” aż po delikatną akustykę „The Burning World”; ten sam zespół, jakże różne oblicza. Najnowsze dzieło, pomijając kwestie personalne, to, moim zdaniem, próba połączenia tego, co najlepsze w dotychczasowym dorobku Michaela Giry. Bo jest tu i łomot godny SWANS (np. groźna końcówka „You Fucking People Make Me Sick” czy całość „My Birth”) z potężnymi bębnami i masakrującymi ścianami dźwięku, ale napotykamy i na typowe dla okresu Angels Of Light „Reeling The Liars In”, „Jim”  czy kojarzący się z płytą „We Are Him” „Inside Madeline”. Pomijam akustyczne numery (min. „Little Mouth”), bo to akurat element wspólny dla SWANS i Angels Of Light. O tym, że Gira przeszedł długą drogę świadczy bardzo bogate instrumentarium i dźwiękowy przepych sączący się z płyty. Także wokalnie Michael dzieli się po równo, nawiązując do bliższego klasyce brzmienia, ale też nie gardząc typową dla okresu „Cop” czy „Holy Money” beznamiętną, odhumanizowaną recytacją. Powstała w ten sposób płyta z gatunku „dla każdego coś miłego”. Może jedynie fanatycy takich monumentów jak „Children Of God” nie mają czego tu szukać. Dla nich jest, skądinąd prześwietna, płyta „Destroy The Light” Circle Of Animals. Jeśli jednak, tak jak ja, nie macie nic przeciwko miksom, świadczącym raczej o dojrzałości a nie o przemożnej chęci zafarbowania siwych włosów na czarny kolor, „My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky”, będzie trzema kwadransami doskonałej, emocjonalnie szczytującej muzyki. Jeszcze raz nawiążę do ewentualnych powodów zwrotu w życiu Giry – być może kierowały nim takie a nie inne motywy, jednak dobra muzyka powstaje w rzeczy samej odruchowo, w oderwaniu od premedytacji. A najlepszą weryfikacją będą tegoroczne, grudniowe koncerty reaktywowanego zespołu. Obawiam się, że Girę czeka trudna konfrontacja. Oby wypadła dla nas, tzn. fanów jak najlepiej…

Arek Lerch