SUNNATA – Outlands

Od lat mam pewien filozoficzny problem ze stoner rockiem, polegający na tym, że podobają mi się głównie płyty z czasów, kiedy nie było czegoś takiego jak „stoner rock”. Nazwanie gatunku jest jego śmiercią, ustala się „odtąd-dotąd”, a z bloków startuje atak klonów… Ok, trochę upraszczam, ale sami pomyślcie o drugich płytach Kyuss, Electric Wizard, Cathedral, Sleep i Monster Magnet. Wszystkie one brzmiały wyraziście i były kamieniami milowymi dla gatunku, zanim przyjęła się jego nazwa. Sunnata kanalizuje podobną energię, bo niby stonera gra, ale z takim podejściem, jak robiło się to kiedyś, czyli… nie gra stonera?

Nie zatrzymałem się na dłużej przy „Zorya”, albumie dobrym tak samo, jak milion innych płyt stonerowych, bo z podobnego wykrojnika. Nie była to płyta zła czy nieudana, ale z punktu widzenia słuchacza ten sam materiał można by wymienić na łatwo dostępny zamiennik. Na „Outlands” Sunnata skręca wzmacniacze, i skręca w stronę etno-transów zgrabnie przełamanych grunge’ową chwytliwością. Nad płytą unosi się duch i sposób myślenia o muzyce OM, zwłaszcza tego z „God is Good” i „Advaitic Songs”. Nieco „etnicznie” zaaranżowane bębny i wszędobylskie mantrujące wielogłosy wyhamowywane są przez stosowną dawkę chwytliwości wywiedzionej z brudnego rocka lat 90… Choć nie tylko, bo zdarzą się momenty postmetalowe, zdarzy się i coś, co brzmi jak ekstrakt z „Sonic Mass” Amebix. „Outlands” nie jest ani nieznośnie rozimprowizowany, ani banalnie stonerowy, bo jego transowość nie wywodzi się ze stylizacji na amerykańsko czy taniego „kultu riffu”. Dźwięków jest tyle, ile trzeba. Tyle, ile trzeba, jest też ciszy i powietrza. Brzmienie nie imituje analogowej produkcji, Sunnata nie jest „retro”, nie goni też za nowoczesnością. Goni za to za transem, do którego wygenerowania służy im prosty, chwytliwy patent, nieumiarkowane śpiewy na sto głosów i bardzo dobrze napisane piosenki – długie, ale takie co wiedzą, kiedy się skończyć.Sunnata band

Może, gdyby na świecie było więcej Sunnatów, chciałoby mi się znów biegać za stonerowymi wynalazkami tak, jak piętnaście lat temu, kiedy ten z gruntu wtórny nurt był jeszcze świeży i twórczy. Szaleństwo zastąpiły retro-ciuchy, sztampowe zespoły z „weed” w nazwie oraz skręt wciśnięty w szparę między górną trójką a piątką. Tylko gdzie w tym wszystkim muzyka? Nie jestem wielkim orędownikiem oryginalności, ale drugą skrajnością jest, kiedy czujesz, że wszystko jedno co włączysz, bo te zespoły naprawdę brzmią identycznie. Transowy rock Sunnata trafił mnie strzałem znikąd, kiedy dawno straciłem cierpliwość do „mini-Belzebongów”, ale już dziś wiem, że przy takiej płycie zatrzymam się na dłużej i na takie albumy warto czekać.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Krucza • Aleksandra Burska

Pięć