SUNDIAL feat. Irek Wojtczak – III (HevHetia)

Trzecia płyta Jachny, Tarwida i Karcha jest pozycją wyjątkową – nie chodzi tylko o rozwijanie improwizowanej, ale jakże innej formuły ich muzyki, ale także o kolaborację z świetnym, trójmiejskim saksofonistą Irkiem Wojtczakiem. W dodatku nowy materiał nagrany został podczas… koncertu. Wyjątkowym okolicznościom dorównuje sama zawartość muzyczna, choć od razu zastrzegam – nie jest to pozycja dla każdego.

Sundial to skład, który daje mi wiele nowych doznań – Tarwid i Karch mają totalnie inne podejście do muzyki i pomysły, stąd ciekawe myślę było to nasze zestawienie. Teraz w składzie z Irkiem Wojtczakiem mam wrażenie, że jesteśmy prawie supergrupą. Ciekawe tylko czy reszta świata będzie miała takie odczucia (śmiech) – komentuje trębacz Wojciech Jachna i już wiadomo, że ta muzyka to coś wyjątkowego. Przede wszystkim – indywidualizm. Owszem, wiadomo, że w składach improwizowanych każdy ma swój czas na wypowiedź, jednak w przypadku Sundial indywidualne cechy muzyków są wyeksponowane nie na płaszczyźnie wielopoziomowych solówek, ale w sposobie podejścia do instrumentu. Interakcja polega na uchwyceniu własnego charakteru i bardzo dyskretnym dialogu między instrumentalistami. Inna sprawa, że można Sundial III słuchać jako swoistych wypowiedzi poszczególnych muzyków i delektować się ich finezją w budowaniu kompozycji. Każdy z czterech panów dysponuje niepodrabialnym brzmieniem, jednak na tej płycie szczególnie zwracam uwagę na pianistę Grzegorza Tarwida, który porusza się gdzieś po obrzeżach jazzu, flirtuje z muzyką współczesną, którą popycha w stronę improwizacji. W zasadzie nie gra zbyt dużo dźwięków, ale każdy jest ważny i ma swój cel. Misterna konstrukcja. Drugim bohaterem jest perkusista Albert Karch. Zamiast popisywać się ekwilibrystycznymi, akademickimi wprawkami, tworzy własny kanon brzmień i dźwięków, stawiając się tym samym blisko innego, świetnego improwizatora – Jacka Buhla. Solo w „Return of the Hadgehog” to rzecz do osobnej analizy – praca nad poszczególnymi dźwiękami, sposób budowania aranżu i ekspozycja każdego elementu perkusji budzi prawdziwy zachwyt. Pomijam Wojtka Jachnę, bo jego stylem na łamach Violence zachwycałem się już niejednokrotnie. Tajemnicą pozostaje, w jaki sposób Wojtczak wkomponował się w świat tych trzech panów – w każdym razie brzmi, jakby grał w Sundial od samego początku. Nie wiem, ile na tę integrację poświecili czasu, ale efekt jest znakomity – pełna, organiczna symbioza.Sundial III

Inną kwestią jest sama stylistyka, w jakiej Sundial się porusza. Improwizacja jest tu jedynie punktem wyjścia do odważnych wycieczek w stronę sonorystyki, współczesnej muzyki kameralnej, która w niewiarygodnie subtelny sposób splata się z jazzowym pulsem. Mimo, że materiał został zarejestrowany na żywo, brzmienie płyty (w porównaniu chociażby z Sundial II) nie ma słabych punktów; idealnie wyważono tu naturalny, koncertowy klimat z transparentnością poszczególnych płaszczyzn dźwiękowych. Po raz kolejny zaskakuje mnie fakt, że muzyka jest tak skonstruowana by nikt nie odczuwał braku partii basowych. W tej przestrzeni nie ma wręcz dla basu czy kontrabasu miejsca, a przecież aranżacje wcale nie są jakoś szczególnie zagęszczone. Stąd wniosek, że kompozycje stworzone przez czterech panów to wyjątkowy przykład doskonałej współpracy instrumentów, świetne poprowadzonych dialogów i dominacji muzycznych tematów nad improwizacją, która w tym przypadku pełni jednak służebną w stosunku do kompozycji rolę. Wspomniałem na początku, że nie jest to płyta dla każdego – owszem, te utwory są trudne, trzeba ich słuchać w skupieniu, bo każdy dźwięk jest ważny, każda zmiana nastroju, wybrzmienie czy melodia. Zadziwiające jest, jak bardzo mało w tych utworach przypadkowości, o którą przecież można posądzić improwizatorskie wycieczki. W zasadzie bardzo trudno jest mi wyodrębnić momenty czystego tzw. „lotu” i sztywnego zapisu nutowego. Tę muzykę trzeba po prostu chłonąć i dlatego stawiam krążek tuż obok innej płyty, która podobne odczucia we mnie wzbudziła – Ensemble Tuning Rafała Gorzyckiego. Niewątpliwie wielkiego formatu dzieło mieszczące się w zaskakująco ciasnej szufladce. Rzecz obowiązkowa.

Arek Lerch 

Sześć