SUN DANCE – Manitou

Kraków piękny/trochę śmierdzi/a poza tym po staremu – śpiewał ponad 20 lat temu Maleńczuk. Cóż, powyższy przykład potwierdza, że z problemem smogu stolica Małopolski boryka się nie od dziś, zatem można by powiedzieć,  znów Maleńczukiem, że „wódka droższa/co poza tym?/chyba nic się nie zmieniło”. Sun Dance (domyślacie się już zapewne skąd pochodzą) smog zapewne nie na rękę, jednak po lekturze ich debiutanckiego długograja trudno nie odnieść wrażenia że ich płuca wypełnione są różnymi substancjami…

Trzy lata temu wydali niespełna 20-minutową ep-kę „Valley Of Fears” – była to płyta całkiem udana, przesiąknięta duchem starego, dobrego Down (niekiedy trochę aż za bardzo), która jednak w porównaniu do „Manitou” wypada blado. Na nowym albumie krakowianie znaleźli swoje brzmienie: owszem, nadal są tu southern metalowe momenty, chociażby w końcówce „Last Ritual”, ale ów southern jest jedynie drobnym elementem całości, a nie określeniem definiującym tę muzykę. Poza kilkoma wyjątkami całość utrzymana jest w leniwej atmosferze – nawet co bardziej energetyczne momenty, takie, które wręcz zmuszają do choćby nieznacznego bujania głową, napisane zostały w średnim tempie. Chwila rozważań należy się wspomnianej przeze mnie wyżej końcówce „Last Ritual” – przyznać trzeba, że nic jej nie zapowiada (anselmowe krzyki i southernowy riff poprzedzony jest, oraz przełamany, riffem a’la Black Sabbath), ale świetnie współgra z całą kompozycją. Last w tytule mogłoby wskazywać, że to ostatnie podrygi starego wcielenia Sun Dance. Jak się żegnać, to z przytupem. Po otwierającym płytę numerze i jego końcówce wiedziałem już, że „Manitou” to co najmniej solidny kawał stonera.Sun Dance Band

Krakowianie potrafią znaleźć się także w nieco bardziej lirycznej stylistyce – „Into The Sky” rozkręca się wolno i ma mocno pustynny klimat; zresztą druga część utworu zrobiona jest mocno w stylu Kyuss. Generalnie – skupienie się na stworzeniu atmosfery, pozwolenie słuchaczowi na bujanie w obłokach i odpoczynek to największa zmiana w porównaniu z „Valley Of Fears”. Mniej tu intensywności, a więcej luzu i przestrzeni. Jest to też album bardziej różnorodny: w obrębie jednego numeru panowie mieszają różne (bliskie sobie) gatunki – dobry przykład to „Blind Crows”, w którym dużej ilości fuzzu towarzyszy doom, heavy metal a na koniec znów odrobina Anselmo (choć akurat to outro mogli sobie darować). Całość jest naprawdę fajnie poskładana i choć rewolucji nie przynosi – nawet na polskiej scenie – to pokazuje, że wers „polski blues to kiepski mezalians” z „Góralskiej Muzyki” już się zdezaktualizował.

Paweł Drabarek

Cztery i pół