SUICIDAL TENDENCIES – World Gone Mad (Suicidal Records)

Kolejny klasyk… I kolejne dziwne układy personalne. Zastanawiam się, po co Lombardo jest potrzebny Muirowi? Przecież akurat pałkerów Suicidal zawsze miał bardzo dobrych a czasami wręcz wybitnych. Niestety, chyba tylko po to, żeby zrobić szum medialny. Już bardziej zyskał na tym sam mistrz perkusji, który po kolejnym odejściu ze Slayer i ciszy wokół Philm, potrzebował chyba nieco hałasu wokół siebie. A może się mylimy? Tak czy inaczej, poza szumem nic z tego nie wynika, przynajmniej w sensie muzycznym. To znaczy – jest bardzo dobrze, ale z każdym dotychczasowym garowym byłoby tak samo. Muzyka Suicidal Tendencies jest łatwo rozpoznawalna, mają swój styl i tym razem zachowali klasę, choć nie nazwałbym tego krążka najlepszym dziełem załogi. Na pewno jest to album bardzo dobry, wybijający się za sprawą takich czy innych elementów ze stawki, głównie za sprawą niezłego, analogowego brzmienia. Pewnie stawiany będzie wyżej niż „13”, choć do klasyków mu daleko. I tu dochodzimy do zasadniczego tematu: czy Suicidal Tendencies AD 2016 to zespół rzemieślników czy fanatyków crossovera? Nie wiem. Na pewno opanowali do perfekcji prezentację swojej muzyki i siebie jako odwiecznych dzieciaków prosto z nowojorskiej ulicy. Nie powiem, ma to swój urok, choć widać, że nastu lat już nie mają. Nowa płyta pokazuje rąbek tej dojrzałości, jest ukłon w stronę Lombardo, który ma tu jednak więcej miejsca dla siebie niż jego poprzednicy. Cóż, posłuchałem i… wracam do „Suicidal for Life”… Czy to o czymś świadczy? Takie i inne dylematy próbowaliśmy rozwiązywać z kolegą Pawłem…

Paweł: Mówi się, że „World Gone Mad” to ostatni krążek Suicidal Tendencies. Jakoś w to nie wierzę, ale przyjmijmy, że faktycznie tak będzie. Więc co – żegnają się w dobrym stylu, czy narobili sobie niepotrzebnego wstydu?

Arek: Ech… Przyznam, że ostatnio strasznie dużo mówi się o „ostatnich krążkach”. Ostatni krążek Metalliki, ostatni krążek Slayera, ostatni krążek Stinga (śmiech). No i ostatnie krążki tych, co przeszli na drugą stronę… Suicidal to tak długa historia, że trudno powiedzieć, jaki to krążek, bo nie wiadomo, do jakiego okresu go porównać. Moim zdaniem – ale nie jest to jakiś straszny przytyk – dokooptowanie Lombardo było absolutnie niepotrzebne, bo ani on im ani oni jemu de facto w niczym nie pomogli. Powiem więcej – ze strony tak zespołu jak i Dave’a traci to jakąś desperacją… Sam nie wiem czemu…

Paweł: Myślę, że to po prostu chwyt marketingowy taki… Lombardo to osobowość, legenda, a jego nazwisko elektryzuje. Ale partie perkusyjne na „World Gone Mad” to nic szczególnego; prawdę mówiąc, kiedy słuchałem tej płyty pierwszy raz, zupełnie nie zwróciłem na nie uwagi. Dopiero później, kiedy przypomniałem sobie, że przecież bębny robił tu sam Lombardo, zacząłem trochę bardziej się w nie wsłuchiwać i… niczego specjalnego nie usłyszałem. Ciekaw jestem Twojej, jako perkusisty, opinii.

Arek: Dobrze to uchwyciłeś. Krzywda. Każdy słucha pod tym kątem, płyta jest tak reklamowana i nie rozumiem Muira, dlaczego po tylu latach, będąc cwanym sukinsynem, zdecydował się na taki manewr. Sam się na to nabrałem. Pierwsze przesłuchanie to było coś w stylu: co też z Lombardo zrobią, kto kogo bardziej nakręci. Liczyłem na szybkie, thrashowe ciosy i groovy, które urwą łeb, tymczasem jest… poprawnie. Jasne, Lombardo to fachman jakich mało, ale od pewnego czasu dociera do mnie, że błyszczał tylko w Slayer. Wszystko co robił obok, było oczywiście świetne, doskonałe technicznie, ale nie miało tego czegoś, diabelskiej iskry. Może Grip Inc gdzieś z okolic „Nemesis” dawał radę, ale też nie było to dzieło wybitne. Gdyby płytę nagrał jakiś pałker „bez” nazwiska, byłoby dużo lepiej. A tak jest efekt przekłutego balonika. Trochę… Poza tym – ale sam nie wiem, czy to już nie moja imaginacja – panowie tak się zachwycili Lombardo, że stwierdzili, że wystarczy jego osoba, żeby zrobić robotę. I nie napisali specjalnie genialnych kawałków. A przecież w przeszłości nie raz udowadniali, że można…suicidal-band

Paweł: Ale lata już nie te. Niewiele jest kapel, które po tylu latach na scenie (w tym akurat przypadku 36) potrafią nagrać coś, co byłoby więcej niż poprawne. Słuchałem dziś trochę nowej płyty Metalliki – to samo. Jest OK. Wzruszenie ramion. Żeby w tym wieku, z tyloma płytami na koncie, grać tego typu muzykę – agresywną, buntowniczą – i nie popadać przy tym w banał, to się trzeba nazywać Coleman i być nieco pierdolniętym.

Arek: Wkraczamy w tym przypadku w rejony tzw. rzemieślniczego profesjonalizmu i dywagacji czy takowy jest potrzebny czy też nie. Z jednej strony – przy natłoku młodych i gniewnych, starzy mogliby udać się na emeryturę. Z drugiej strony… Znalazłoby się parę przykładów, że starość może mieć swój blask. Wspomniany przez ciebie Coleman, Gira, Stańko, Moore, że tak na szybko wymienię. Cyco Miko mimo wszystko dobrze się bawi i daje radę. Choć jeśli miałbym wskazać ostatni album, który mnie porwał, to musiałbym się cofnąć do 1994 roku i wymienić „Suicidal For Life”.

Paweł: Tylko widzisz – Stańko czy Gira to nie metal, a mam wrażenie, że to właśnie jest taki gatunek, gdzie muzycy szybko tracą „to coś”. Być może przez to, że jest taki agresywny i tak bezpośredni? Co do Suicidal – ja bym się musiał cofnąć jeszcze o 2 lata, do „The Art Of Rebellion”. Ale żeby tak na nich nie psioczyć – „World Gone Mad” podoba mi się bardziej niż dwa poprzednie krążki.

Arek: Dwa poprzednie przeszły bez echa, choć „13” dawała i daje radę całkiem mocno. Wymieniłeś za to płytę, do której musiałem dojrzeć. „The Art of Rebellion”, swego czasu przez część publiki okrzyknięta symbolem skurwienia Cyco Miko, dzisiaj wchodzi jak ciepłe bułeczki. Piękna płyta, choć faktycznie, była niezłym odskokiem od klasycznego brzmienia. W każdym razie – to doskonały, przebojowy album. Wracając do najnowszego krążka – tu nie chodzi o to, że to zła płyta. Nie, w zasadzie posiada wszystkie cechy by być po prostu dobrą płytą Suicidali, tyle, że na zawsze będzie ciążył nad nią nimb oczekiwań. Tych spełnionych i nie, z wiadomego powodu. Myślę, że za parę miesięcy Lombardo po cichu i bez urazy rozstanie się z kolegami i wróci do Slayer (śmiech), albo nie, rozbuja Philm, bo to chyba było najciekawsze połączenie hałasu i jego dużych aspiracji. A jakoś cicho się zrobiło wokół tego zespołu. Inna sprawa, że akces Dave’a do ST pokazuje, że cały czas ciągnie wilka do hałasu i metalu, choć specjalnego rozwoju tu nie zaliczy. W dzisiejszych czasach nie jest Suicidal niczym zaskakującym, zabijającym i pikantnym. Ot, dobre danie, po którym za często się nie odbija. Choć nie powiedziałbym tego Muirowi prosto w twarz (śmiech). A co do starzenia się metalu, cóż, ostatnio pisał o tym kolega Łukasz. Wielkie metalowe nazwy przyblakły, zaś młodzi po prostu dążą w zupełnie inną stronę. Paradoksalnie, przecież to metal flirtował na przestrzeni lat z kim popadnie…

Paweł: Dwie ostatnie przeszły bez echa, a o tej trochę głośniej, bo wiadomo, Lombardo. Muir umie w marketing, nawet jeśli nie jest to specjalnie wysublimowana strategia (śmiech). To fajny krążek, ale taki do słuchania w tle – do jazdy tramwajem, do biegania, do sprzątania etc. Na pewno się te numery, w połączeniu ze starymi hitami, dobrze sprawdzą na koncertach. Da się przy nich poszaleć, można pośpiewać – są żwawe i przyjemne.

Arek: Ale jednocześnie mam wrażenie – choć to może tylko moje aberracje – że jest to jakieś tam pożegnanie. Znajdziemy na tej płycie chyba wszystko, że czym ta załoga się kojarzyła – mnóstwo crossovera, gdzieś przemkną niemal Rage Against The Machine – groovy, końcówka płyty to niemalże alternatywny rock („This World”), jest oczywiście funk, punk i hardcore… Słowem, esencja stylu jaki uprawiał ten zespół. Wracamy tym samym do początku naszej rozmowy – dobry koniec? Jeśli to koniec…

Paweł: Nie widziałem nigdzie wypowiedzi muzyków, w której mówiliby o końcu, aczkolwiek pewna taka niepewność w powietrzu wisi. Ale im jest to na rękę, bo to dobra reklama. Nie wierzę jednak, że nie wydadzą czegoś np. na 40 – lecie działalności. W trasę ruszą na pewno. I znowu pewnie powiemy, że poprawne, że nic nadzwyczajnego, ale przesłuchamy, a jak zagrają gdzieś niedaleko to i na koncert się przejdziemy. Takie zespoły to trochę święte krowy, bo dla wielu ludzi to muzyka młodości, muzyka, na której się wychowali i krytykowanie ich przychodzi z trudem.cycodave

Arek: Mimo wszystko – każdej załodze życzę, żeby w wieku panów z ST miała taką chęć do zabawy i nagrywania. Tak po prawdzie, dopiero za jakiś rok – dwa stwierdzę czy ta płyta jest doskonała, tylko dobra, czy w ogóle mi się nie podoba. Dzisiaj jest ciut za wcześnie, bo zważywszy na moje wcześniejsze kontakty, zawsze po dłuższym czasie doceniałem ich twórczość. W sumie wolę takie długowieczne załogi, które jednak cały czas coś kombinują niż AC/DC czy Metallikę, z całym dla nich szacunkiem. Więcej życia i radości czuję u panów z ST…

Paweł: No właśnie, szczerość. Możemy mówić, że dołączenie Lombardo było chwytem marketingowym, ale muzycznie nie słyszę tu żadnego pójścia na kompromis; odnoszę wrażenie, że grają – zabrzmi to nieco patetycznie – to, co w sercu im siedzi. Nowy album Metalliki z kolei strasznie wyrachowany mi się wydaje. Cóż, ktoś mógłby powiedzieć, że to biznes jak każdy inny. W każdym razie – wierzę, że kiedy panom z Suicidal odechce się grać, nie będą ciągnęli tego za wszelką cenę i nie nagrają jakiegoś kloca. Póki co, trzymają poziom.

Arek: Wiesz, Suicidale nie musieli do niczego wracać. Metallica wręcz przeciwnie, od lat szykowała się na taki powrót, więc w ich przypadku wyrachowanie było większe. A Suicidal i ich nowa płyta – mimo paru utyskiwań – jest całkiem spoko, choć tak jak pisałem, wolę te wcześniejsze płyty. Pewnie za rok zmienię zdanie (śmiech). I za to kolega Pindor, wielki miłośnik Suicidali, mnie kopnie w tyłek (śmiech). Ale to jest hardcore, man. Po prostu…

Rozmawiali Paweł Drabarek i Arek Lerch