SUEDE – The Blue Hour (Warner)

Dojrzałość może być przyczyną kłopotów albo wręcz przeciwnie – służyć muzykantom. Panom z Suede wyraźnie służy, bo po reaktywacji ciągle nagrywają ciekawą muzykę ze szczytowaniem pt. „Night Thoughts”. Nowa płyta może zaskoczyć kolejną mutacją ich stylu, tym razem z wyraźną chęcią na stworzenie mocno epickiego dzieła. Czy udanego? To zależy z jakiej strony na płytę spojrzeć, w każdym razie, doceniam rozmach i mrówczą pracę, ale częściej słuchał będę jednak poprzedniczki.

Jedno jest pewne – w porównaniu z wczesnymi krążkami, nowe dzieło Suede to próba stworzenia czegoś w rodzaju nowego Sierżanta Pieprza. Słowo „dzieło” jest tu jak najbardziej na miejscu – rozmach, aranżacje, zalew symfonicznego tła, koronkowa praca instrumentalna. Zdecydowanie powstała płyta, która nie będzie łatwym kąskiem do odtworzenia na koncertach. Skąd taki zwrot, skoro na „Night Thoughts” wydawało się, że zespół znalazł złoty środek? Ok, tu też jest sporo mrocznego zawodzenia, tyle, że nie tak organicznego i nie tak aksamitnego. Obawiam się, że za parę lat ten krążek nie będzie ulubionym materiałem zespołu. Bo w zasadzie bardziej delektujemy się tutaj poszczególnymi rozwiązaniami i samą konstrukcją płyty niż poszczególnymi kompozycjami. Nie ma tu żadnego przebojowego tematu, wybrane na single numery także raczej gmatwały obraz płyty. Użyję tu wyświechtanego określenia – albo łykamy „The Blue Hour” w całości, albo odpuszczamy. Obliczam reakcje publiczności jako 50 na 50.Suede

Jaka jest zatem ta płyta? Smutna, piękna, ponura i teatralna. Momentami irytująca podniosłością, to znowu przyciskająca serducho klimatem. Czasami mam wrażenie, że panuje tu doskonała równowaga, to znowu brakuje mi takiego zwykłego, fizycznego, britpopowego uderzenia, bo np. sekcja rytmiczna ginie w natłoku aranżacyjnego blichtru. Kiedy siedzę wygodnie w fotelu, mogę się tym delektować, kiedy wychodzę na zgiełkliwą ulicę, brakuje zwykłej piosenki. Na pewno Suede udowodnili, że są doskonałymi muzykami, choć momentami widać też lekki przerost ambicji, ego bierze górę nad premedytacją. Cóż, to jednak artyści, więc wolno im… ale z orkiestracjami trochę przesadzili. Wiadomo, że mają podkreślać rozmach, tyle, że w takich momentach jak chociażby „Chalk Circles” robi się ciężkawo. Z drugiej strony, cały czas mają iskrę i polot, co udowadniają za sprawą „Wastelands” czy „Tides”. No i szczyt w postaci „Don’t Be Afraid If Nobody Loves You”, równoważony przez niestety, nijaki „As One”.

Paradoks tej płyty polega na tym, że tworzy pewną całość, ale w szczegółach jest już nierówna. Nie ma tu dystyngowanej równowagi, która przyciągała do „Night Thoughts”, ale też i nowa muzyka za sprawą poważnych słów zasługuje na większy ruch w obrębie poszczególnych kompozycji. To kolejny, tegoroczny krążek, który oceniam stosunkowo wysoko, choć wiem, że nie będę do niego zbyt często wracał…

Arek Lerch