SUEDE – Night Thoughts (Warner Music)

Cieszę się, że jestem starym człowiekiem. Oczywiście, pomijając choroby i niedowład kończyn. Bardziej chodzi o to, że mogę z dzisiejszej perspektywy obserwować rozwój wykonawców, którzy zaczynając od gigantycznych sukcesów i niezbyt oryginalnych płyt zrobili sobie przerwę a potem powrócili w doskonałej kondycji, gasząc wspomnienia o przeszłości. Takim sensownym, potrzebnym i na pewno nie – koniunkturalnym powrotem jest reaktywacja Suede. Nowe życie rozpoczęli od płyty „Bloodsports”, nawiązującej do młodszej o siedemnaście lat „Coming Up” a teraz pewnym krokiem weszli w aksamitny mrok. I bardzo im w tym wcieleniu do twarzy.

Słowem, które od samego początku, od lektury zdjęć i okładki „Night Thoughts”, pcha się na usta jest „stylowy”. Wszystko co dzisiaj robi Suede ma w sobie coś dystyngowanego. Nie – nudnego, ale doskonale dopracowanego, poważnego i smakowitego. Oczywiście, wiadomo, starsi panowie, stateczne życie, status gwiazd brytyjskiej muzyki, ale jednocześnie nie można im odmówić tego, że w ramach ciągłych poszukiwań, znaleźli dla siebie idealne miejsce. Inna sprawa, że z dawnym Suede nie ma to już zbyt dużo wspólnego i – o czym nie da się zapomnieć – wokal Bretta Andersona nadal może wkurwić. Moje zadowolenie wynika być może z faktu, że tak po prawdzie niczego od tego zespołu nie oczekiwałem. Mam ten komfort, że mimo ostatnich zachwytów indie rockiem czy nawet britpopem, potrafię przyjąć do wiadomości, że spora część gwiazd tamtej epoki bardziej niż na fajnej muzyce, bazowała na skandalach, kiedy arogancja brytyjskich muzyków stawała się wręcz przysłowiowa. A to powoduje, że tylko niektóre krążki przetrwały do dzisiaj jako zapis czegoś autentycznie ciekawego. I na pewno nie należał do nich wczesny dorobek Suede. Zresztą, sam zespół czasy swojej świetności (lata 1993-97) przeszedł w zasadzie mimochodem, ustępując poziomem buty wielu innym wykonawcom z Wysp. I dlatego dzisiaj może sobie pozwolić na dłubanie przy swojej muzyce i wyciąganie z niej świetnego klimatu, zamiast udawać, że mamy nadal pierwszą połowę lat 90. a licznik pokazuje dopiero drugi krzyżyk na karku.Suede

Aksamitna czerń towarzyszy nam od samego początku. Miękka, głęboka i lepiąca się do ciała czerń, która spowija „Night Thoughts”. Wpadamy w nią niczym okładkowa postać i miękko lądujemy w objęciach „When You Are Young”. Od pierwszych dźwięków wiadomo, że zespół wyraźnie kłania się zmarłemu niedawno mistrzowi Bowiemu, sięgając daleko poza gwarne lata 90. I niech nikogo nie zwiedzie singlowy, banalny „Like Kids” – wiadomo zmyłka musi być, ale na miejscu zespołu, mając materiał z takim potencjałem, wywaliłbym ten kawałek na zbity pysk, traktując co najwyżej jako stronę B singla. Większość kompozycji to muzyka nawiązująca do estetyki lat 80., lekko flirtująca z dystyngowanym rockiem gotyckim, nasycona depresją, powagą i jakimś nieuchwytnym, niedefiniowalnym klasycyzmem formy. Wszystko pięknie płynie a brzmienie to już mistrzostwo świata – przestrzeń i nasycenie dźwięku powalają. Szkoda, że Anderson, który i tak nie szarżuje (co mu się zdarzało…) nie chciał obniżyć swojego głosu i nadal wypada płaczliwie, ale na płycie – nie wiem, jak wypadnie to na żywo – wszystko „siedzi” w aranżu i można się przyzwyczaić. Albo i nie… Stylowość nowej propozycji Suede nie wynika jedynie z dojrzałości, to raczej świadomy wybór nieco innego kierunku, chęć sprawdzenia się w nowej formule, całkiem zresztą udanej. Oczywiście – jeśli ktoś nie lubi takiego smędzenia, powolnych, bliskich balladowej formie utworów, jeśli zamiast delektowania się dźwiękiem woli proste piosenki – niech omija ten album szerokim łukiem. Najlepsze momenty? „Outsiders” (za przejmujące zimno), „Pale Snow” i „I Can’t Give Her What She Wants” (za żyletki i ciepłą wodę w zestawie).
Nie jest to muzyka rozrywkowa, bliżej jej do atmosfery tworzonej przez Cave’a, choć oczywiście, sama estetyka jest odległa. Obok reaktywacyjnej płyty Blur, „Night Thoughts” to jedna z większych, wyspiarskich niespodzianek.

Arek Lerch

Pięć