STORMCROW – Enslaved In Darkness (Selfmadegod)

Poszukiwań pana Karola ciąg dalszy. Annały muzyki ekstremalnej są przepastne, dlatego ciągle można w nich znaleźć coś godnego uwagi, co umknęło w natłoku dźwięków. Tym razem udajemy się do Oakland, by zapoznać się z zespołem Stormcrow. I nie będzie to przyjaźń lekka, raczej szorstka, męska przygoda.

Nagrana w 2004 roku płyta to pięć kawałków, mieszczących się w 27 minutach. To, co od razu zwraca uwagę to monstrualne brzmienie. Żaden crustowy zespół nie powstydziłby się takiego buldożera. W zasadzie płytkę można skwitować w jeden sposób – szorstki, surowy i miażdżący punk rock. Zespół niespecjalnie przejmuje się niuansami aranżacyjnymi, stawia raczej na brutalny wygar, przesuwający go wręcz w stronę prymitywnego death metalu. Takie były pierwotne założenia, tyle, że w 2004 roku dochodziła do tego jeszcze większa agresja. Na „Enslaved…” gryzące gitary łączą się z warczącym wściekle basem, na podkładzie prostej, mocno bijącej perkusji. Tytułowy kawałek przynosi punkowe galopady  i brutalne zwolnienia, z kolei „Anguished Existence” to nie tylko mielący buldożer ale i momenty d – beatowe. Ciekawostką jest (dla piszącego…) „Unwilling to Forgive”, którego motoryka jako żywo przypomina wczesny Sunrise. Za to najciekawszy jest w  tym zestawieniu „Baleful Conception”, bo słychać tu nieco więcej myślenia – jest i delikatny wstęp, zmiany temp, fajna motoryka i niemal doom/death’owe doły. Słowem – dla każdego coś miłego.

Nie sądzę, żeby ta płyta była czymś więcej niż miłym wspomnieniem sprzed kilku lat i to głównie dla maniaków wściekłego, owrzodzonego punk rocka zagranego tak, jakby zaraz miał się skończyć świat. Mocno skandynawskie (tak, wiem, skąd zespół pochodził…) myślenie o ekstremie, nihilizm i złość wyżerająca oczy. Do tego fajna, rysowana okładka i kawałek historii niezależnej muzyki na naszej półce. Godne uwagi, choć w dużej mierze za sprawą pewnego, historycznego kontekstu…

Arek Lerch 3,5