STEVE GUNN – The Unseen In Between (Matador/Sonic)

Bardzo cenię sobie wydawnictwa ze stajni Matador, dlatego po nowy krążek nieznanego mi do tej pory Steve’a Gunna sięgnąłem z ciekawością, ale też pewny tego, że lektura płyty nie przyprawi mnie o ból zębów, a może nawet sprawi sporo frajdy. No i cóż… Nie zawiodłem się.

Wspomniany na wstępie Matador nie wydaje wielu płyt, ale też wydawnictwa z tej wytwórni raczej nie zawodzą. Ubiegły rok to choćby fantastyczny remake (można chyba tę płytę tak określić?) „Twin Fantasy” Car Seat Headrest, „Beyondless” Iceage (jedna z moich ulubionych płyt 2018) czy wciągające „Bottle It In” Kurta Vile. Nowe dzieło Steve’a Gunna to pierwszy krążek wydany przez nich w 2019 roku. Przyznam, że o Gunnie wcześniej nie słyszałem. W notce od polskiego dystrybutora tej płyty przeczytacie, że jest on „jedną z najważniejszych postaci amerykańskiej muzyki”, ale jest w tych słowach sporo przesady, choć przyznać trzeba, że w amerykańskiej alternatywie ma pozycję dosyć mocną. Bogaty jest jego dorobek – oprócz kilku solowych płyt nagrywał też z Kurtem Vile czy Mike Cooperem; z tym drugim nagrał m.in. bardzo interesujący krążek pod tytułem „Cantos De Lisboa” na którym american primitivism łączą z fado, folkiem i muzyką eksperymentalną. Często w twórczości Gunna przewija się motyw podróży, odkrywania. Nie inaczej jest na „The Unseen in Between”, chociaż jest to krążek bardziej zróżnicowany niż poprzednie – także pod względem tekstowym. Mamy tu więc wspomnienie niedawno zmarłego ojca, oraz okolicy, w której Gunn dorastał (przejmujący „Stonehurst Cowboy”), zaniepokojenie napięciem panującym w społeczeństwie („New Familiar”), czy kolejny wyraz fascynacji podróżowaniem, spotykaniem nowych ludzi i ich historii („Vagabond”). Ten duch wędrówki i ogromnych amerykańskich przestrzeni jest nadal w muzyce Gunna wyraźnie słyszalny. Gdzieś w sieci napotkałem na opinię opisującą tę płytę jako idealny soundtrack na nocne włóczenie się samochodem bez celu – bardzo mi się to zdanie podoba. Rzeczywiście album jest raczej mroczny (choć może bardziej pasowałoby określenie „melancholijny”), momentami rozwlekły, rozwijający się nieśpiesznie, bardzo… normalny, można powiedzieć, że na swój sposób nudny – zupełnie jak nocna przejażdżka bez celu.SteveGunn

Zastanawiam się jak Gunn wypada w zestawieniu ze swoim dobrym kolegą, obracającym się w podobnych klimatach – Kurtem Vile. Osobiście bardziej pasuje mi muzyka tego drugiego – Vile więcej eksperymentuje, bawi się formą; nie przynudza tak jak Gunn momentami ma to w zwyczaju. Ten jednak potrafi zbudować na swoich krążkach bardziej spójną atmosferę – jego albumy to małe uniwersa, bardzo przewidywalne, ale przyciągające swojskim klimatem, bliżej trzymające się folkowych korzeni; dlatego doskonale rozumiem, że komuś to muzyka Gunna może bardziej przypaść do gustu. Dobrego folku jest dzisiaj sporo, mimo tego „The Unseen In Between” ujmuje przyjemnymi melodiami, prostotą i uroczą atmosferą.

Paweł Drabarek

Cztery